Pindera o Canelo - GGG: Czapki z głów

Sporty walki

To było widowisko na jakie czekaliśmy. Walka na najwyższym światowym poziomie dwóch wielkich pięściarzy, Giennadija Gołowkina i Saula Alvareza. Oby takich pojedynków jak najwięcej.

Żadnego śmieciowego gadania, pełen szacunek z obu stron, przed i po walce, oraz czysty, bez fauli, sportowy pojedynek. Można? 

 

A przecież znamy takich, którzy twierdzą, że bez tego ani rusz, nie sposób sprzedać walki. Na szczęście nie dotyczy to takich konfrontacji jak ta w minioną sobotą, stojących na najwyższych poziomie, takich na które czekamy długo, ale później jeszcze dłużej je pamiętamy.


W tej walce nie było nokautu, nikt nie padł na deski, i tylko raz, na moment zachwiał się Gołowkin. A pojedynek trzymał w napięciu od pierwszego do ostatniego gongu.

 

To też zaprzeczenie opinii, że dobre widowisko nie jest możliwe bez dramatycznych zwrotów akcji. Nic takiego w tej walce nie miało miejsca, a widowisko było przednie.
Tak się składa, że miałem przyjemność komentowania kilku wielkich walk w Las Vegas, i bywało różnie. W 1999 roku mega pojedynek Felixa „Tito” Trinidada z Oscarem De La Hoyą wywołał podobne, jeśli nie większe zainteresowanie, ale z ringu wiało nudą, a werdykt przyznający wygraną Portorykańczykowi trudno uznać za sprawiedliwy.


Dwa miesiące później Evander Holyfield z Lennoksem Lewisem stworzyli znacznie ciekawszy spektakl. Nikt nie leżał na deskach, ale grzmotów nie brakowało. Holyfield nie był gorszy od Lewisa, ale nie znalazł uznania w oczach sędziów, trudno jednak było mieć o to do nich pretensje. Tak samo, jak w pierwszej walce Roya Jonesa Jr z Antonio Tarverem. choć Tarver nie bez racji uważał, że to on bardziej zasłużył na wygraną, ale o skandalu nie było mowy.


Tym razem skandaliczna była tylko punktacja pani Adalaidy Byrd. 118:110 dla Alvareza, to wynik niekompetencji, albo złej woli. Dlatego niepokoi mnie stanowisko szefa Komisji Sportowej Stany Nevada, który ją tłumaczy i mówi, że pani Adalaida widać miała zły dzień. A to jego zdaniem zdarza się każdemu. Myślę, że nie tędy droga, by chronić boks przed takimi werdyktami.


Remis w tym pojedynku na szczęście nie krzywdzi żadnej ze stron. Gołowkin zachował mistrzowskie pasy, dalej jest niepokonany i wciąż panuje w wadze średniej. 19 skuteczna obrona zbliża go do rekordu 20 obron należącego do Bernarda Hopkinsa. Swoją drogą „Kat”, który jest partnerem biznesowym Oscara De La Hoi też usprawiedliwia panią Byrd. Dlaczego?


Tak na dobrą sprawę bliższy wygranej był Gołowkin, ale niektóre rundy były bardzo trudne do punktowania. Mnie się bardzo podobała w tym pojedynku wszechstronność Alvareza. Świetnie się bronił, kontrował. Jeśli taki mocarz jak „GGG” nie jest w stanie nim wstrząsnąć, choć zadaje dużo celnych ciosów, to czapki z głów. Bo to znak, że Meksykanin potrafił je amortyzować, osłabić ich siłę. Ale czapki z głów również przed Gołowkinem. Narzucił tempo, atakował, szukał szansy na wygraną przed czasem licząc, że wciągnie w wojnę rywala. Ale ten do końca robił swoje.


W rewanżu jeśli do niego dojdzie, Alvarez może zaryzykować i podjąć rękawice. Wtedy będzie inna walka, z prawdziwymi grzmotami i piorunami. Tak jak ta, którą komentowałem w grudniu 2000 roku w Mandalay Bay w Las Vegas, pomiędzy Trinidadem i Fernando Vargasem. „Tito” miał rywala na deskach pięć razy, sam też leżał, ale skończył go w ostatniej, 12 rundzie.


Musimy teraz czekać osiem miesięcy na kolejne meksykańskie święto, Cinco de Mayo, bo to byłaby dobra data na rewanż. Ale na takie widowiska warto poczekać i dłużej.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze