Kibice Pogoni i sam zawodnik musieli czekać na tę chwilę ponad rok. Ostatni raz w rozgrywkach ekstraklasy Zwoliński trafił 11 września 2016 roku, kiedy Portowcy mierzyli się z Lechem Poznań. Od tego czasu minęło 377 dni. W tym czasie strzelił jeszcze bramkę w barwach rezerw "Dumy Pomorza" 11 listopada 2016 roku w meczu trzeciej ligi przeciwko Polonii Środa Wielkopolska.

Historia urodzonego w Szczecinie gracza jest bardzo dziwna. Swego czasu był uważany za wielki talent, jednak bardzo szybko przebył drogę z nieba do piekła. Kibice Pogoni, z którą od wielu lat z małymi przerwami jest związany, niegdyś skandowali jego nazwisko, lecz w najtrudniejszych chwilach nie okazali mu wsparcia. Napastnik zablokował się. Nie potrafił wykorzystywać sytuacji, a jego skuteczność nie mogła nikogo satysfakcjonować. Doszło do tego, że gdy schodził z boiska na trybunach roznosiły się gwizdy.

Zwoliński zdecydował się na zmianę barw klubowych. W Górniku Łęczna miał się odbudować i to się udało. Pech jednak go nie opuścił. W jednym ze spotkań zaplecza ekstraklasy przeciwko GKS Katowice doznał kontuzji stawu skokowego.

Po powrocie do rodzinnego miasta napastnik prezentował się nieco lepiej. W 33 meczach strzelił 12 goli. Kolejne lata były dla niego coraz trudniejsze, więc klub zdecydował się na wypożyczenie zawodnika do Śląska Wrocław, gdzie miał odbudować się po operacji. Tam również pożytku nie przyniósł. W 13 meczach nie zdobył ani jednej bramki.

Od początku rundy jesiennej sezonu 2017/2018 wrócił do Pogoni. Po 317 dniach Zwoliński przełamał złą passę i strzelił gola kontaktowego w meczu ekstraklasy przeciwko Górnikowi Zabrze. Nic to jednak nie dało, bo jego drużyna przegrała, a Górnicy zostali samodzielnym liderem rozgrywek.