Piłka nożna

Nagy: Bałem się! Za pół roku chciałbym grać w...

Na pochyłe drzewo każda koza wejdzie... Sytuacja Legii od kilku miesięcy jest taka, że znęcanie się nad mistrzem Polski stało się niemalże sportem narodowym. Nie tylko dziennikarze zwolennicy poprzedniego układu właścicielskiego, ale także tysiące internautów używało sobie w związku wydarzeniami boiskowym i około boiskowym w warszawskim klubie. Bądźmy szczerzy, na wiele słów krytyki przy Łazienkowskiej solidnie zapracowano. 
 
Ale nie dajmy się zwariować, nie każda decyzja prezesa Dariusza Mioduskiego musi być powodem do ataku. Moim zdaniem przesunięcie do rezerw zawodnika kreowanego jeszcze niedawno na gwiazdę, zarabiającego w klubie krocie, a praktycznie nie dającego nic w zamian (jeden gol i jedna asysta w szesnastu meczach) to czytelny sygnał dla reszty: „nie będziemy się z wami cackać, nie pozwolimy Legii traktować jak bankomat”.
 
Fakt jest taki, że w Legii na skutek takiej, a nie innej polityki personalnej stacjonuje obecnie spory zastęp przepłaconych najemników, którzy żadnej przyszłości z tym klubem nie wiążą, a kierowała nimi jedynie chęć skasowania i szybkiego czmychnięcia za granicę. Nagy powiedział prawdę o sobie, ale przecież nie całkiem chcący o wielu pozostałych graczach.
 
Obnażył się, bo miał poczucie, że ma do tego prawo, a klub, w którym wiele spraw stoi na głowie i tak mu nic nie zrobi. Miłośnik warszawskich klubów nocnych zdawał sobie przecież sprawę, że Legia też chce na nim zarobić. Przeliczył się, bo ktoś w klubie zachował się profesjonalnie. W żadnym zawodowym klubie podrzędny grajek nie prawa opowiadać, że marzy o tym, aby nie wywiązać się z kontraktu. Ba, nawet ktoś z taką pozycją jak Robert Lewandowski, który naprawdę myśli o tym, aby odejść z Bayernu do Hiszpanii i to najlepiej jak najszybciej w żadnym wywiadzie się o tym nie zająknie. Owszem, zdecydował się na krytykę globalnej polityki swojego klubu, ale ilu jest w Europie zawodników, którzy mogą sobie na to bezkarnie pozwolić? Bo co wolno wojewodzie...
 
Węgierski odbiorca oglądający wywiad ze swoim rodakiem mógł pewnie odnieść wrażenie, że Legia to taki straszny klub, który nie daje możliwości rozwoju (Nagy wypadł jakiś czas temu z reprezentacji Węgier), ale jeszcze jako zabieg motywacyjny stosuje bicie.
 
Nie zająknął się o tym, że w Legii piłkarzom nie brakuje ptasiego mleka, w wielu przypadkach zarabiają nieadekwatnie dużo w stosunku do swoich możliwości sportowych, ale także wkładanej w swój zawód energii. I to nie klub Legia Warszawa napadł go na parkingu.