Legendarny „Kocioł czarownic” został przecież właśnie oddany do użytku. Na jego remont, który ciągnął się od ośmiu lat, wydano blisko 700 mln złotych. I wciąż słychać głosy oburzenia, że jest mocno przepłacony, że ciężko będzie przyciągnąć tu znów wielki futbol, bo reprezentacja wyniosła się do Warszawy, a równie dobre stadiony powstały też w Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu.  A jak jest okazja, aby stadion ożył to się ją lekceważy.

Derby Śląska wzbudzają ogromne emocje dzięki bogatej historii tych spotkań, kibicowskim animozjom sąsiadów zza miedzy, ale także faktowi, że tak długo trzeba było na nie czekać.


Ostatni mecz między tymi zespołami odbył się w 2003 roku w ekstraklasie. Zwyciężył GKS 1:0, gola strzelił Jacek Kowalczyk, a zespół z Katowic zajął wówczas trzecie miejsce za Wisłą Kraków i Groclinem Grodzisk Wielkopolski.

To było ostatnie duże osiągnięcie tej drużyny, w następnych latach nastąpił ostry zjazd w dół. Ruch Chorzów akurat wówczas spadał z ekstraklasy, a drużynę prowadził obecny trener GKS Piotr Mandrysz (trenerem katowiczan był Jan Żurek). Obecny opiekun Ruchu Juan Ramon Rocha po raz kolejny wrócił wówczas na ławkę Panathinaikosu Ateny, a jego dzisiejszy asystent Krzysztof Warzycha rozgrywał w „Koniczynkach” przedostatni sezon w karierze.

Losy zasłużonych śląskich klubów były przez lata tak pogmatwane, że właściwie za cud należy uznać, że wciąż istnieją. A poobijany Ruch, który wciąż balansuje na krawędzi bankructwa może dumnie przypominać, że jest ostatnim klubem z regionu, który sięgnął po mistrzostwo Polski (1989 rok).

Jeszcze tydzień temu obie ekipy znajdowały się w strefie spadkowej pierwszej ligi. GKS wygrywając w środku tygodnia trzeci mecz z rzędu już się z niej wykaraskał. Ruch, który rozpoczynał rozgrywki z minus pięcioma punktami, wciąż w niej tkwi (porażka w środę z Puszczą Niepołomice), ale po przyjściu renomowanego trenera z Argentyny generalnie tendencja jest zwyżkowa. Młoda drużyna dojrzewa błyskawicznie i jest zarażana latynoskim temperamentem Rochy. W GKS konsumują właśnie premię za cierpliwość i niezwolnienie mimo fatalnego startu sezonu trenera Mandrysza.

Mecz, który będzie można zobaczyć także w Polsacie Sport, już z powodów czysto sportowych zapowiada się znakomicie. A jest przecież jeszcze ta cała śląska otoczka... Aż się prosiło, aby to wszystko pięknie opakować nie na zmurszałym obiekcie GKS, ale lśniącym i pachnącym nowością Śląskim, do którego fani obu zespołów mają kilka kroków.

Pewnie biegli w ekonomii zaczęliby tłumaczyć, że się nie opłaca, bo wynajęcie obiektu kosztuje około 300 tysięcy złotych, bo większe koszty ochrony, to jednak tylko pierwsza liga, a nie ekstraklasa, bo mogłoby się nie zwrócić, bo aż 55 tysięcy ludzi by nie przyszło, bo to, bo tamto...

Na chłopski rozum jednak się wydaje, że tego typu obiekty sportowe budowane za publiczne pieniądze są po to, aby miała z tego radochę miejscowa społeczność, która chętnie zobaczyłaby w akcji swoich chłopaków. W myśl zasady o koszuli bliższej ciału. A przy odpowiedniej promocji można by sprzedać więcej biletów i wykorzystać tzw. efekt nowości. Ludzie przyszliby zobaczyć sam imponujący stadion, a przy okazji zerknąć na piłkarzy. Ale skoro się nie opłaci...