Lewandowski 16. w plebiscycie FIFA, czyli dlaczego piłkarscy mądrale z całego świata nie chcą głosować na Polaka

Piłka nożna
Lewandowski 16. w plebiscycie FIFA, czyli dlaczego piłkarscy mądrale z całego świata nie chcą głosować na Polaka
fot. PAP

Robert Lewandowski nie znalazł się w gronie najlepszych zawodników świata podczas plebiscytu na Zawodnika Roku FIFA. Nasz bohater narodowy tylko dwa razy zajmował pierwsze miejsce w typowaniu. Za najlepszego na świecie uznali go Adam Nawałka i selekcjoner reprezentacji... Belize Ryszard Orłowski (polski szkoleniowiec z Łodzi).

W przyszłym roku Polak skończy 30 lat i coraz bardziej zasadne staje się pytanie, czy kiedykolwiek dostanie znajdzie się choćby w najlepszej trójce jednego z dwóch najbardziej prestiżowych piłkarskich plebiscytów.

 

Nagrody FIFA są przyznawane od zeszłego sezonu, ponieważ FIFA zakończyła współpracę z "France Football", który prowadzi plebiscyt Złotej Piłki. W zeszłym roku wśród piłkarzy też wygrał Portugalczyk i wydaje się, że dopóki on i Leo Messi się nie zestarzeją nikt inny nie ma co liczyć na choćby jedną z prestiżowych nagród.  Tak naprawdę sprawa tych trofeów ogranicza się do nudnych rozważań, który z nich akurat tym razem ma być pierwszy.

 

Lewandowski nie traci nadziei, bo jest od obu trochę młodszy. Ale choć publicystycznie jest od kilku lat stawiany w gronie najlepszych napastników świata podczas namacalnych rozstrzygnięć plebiscytowych jednak się nie liczy. Poza 2015 rokiem, kiedy w wyborach „France Football” zajął czwarte miejsce. Wtedy jednak oceniany był za sezon, w którym w półfinale strzelił cztery gole Realowi Madryt. To było coś spektakularnego w skali światowej i zrobiło ogromne wrażenie. Kiedy w ubiegłym roku w klasyfikacji francuskiego magazynu uplasował się dopiero na szesnastej pozycji, wybór skwitował złośliwym wpisem na Twitterze: „Le cabaret”. Co tak naprawdę było dowodem na to jak bardzo zależy mu na indywidualnym trofeum.

 

Wszyscy kochamy Roberta, wciąż strzela on mnóstwo goli, bez niego nie ma reprezentacji Adama Nawałki w obecnym kształcie, ale trzeba sobie powiedzieć wprost, że od tamtego czasu akurat dla Bayernu na arenie międzynarodowej (a to jest przede wszystkim brane pod uwagę) nie zrobił nic zbliżonego do sławnego wyczynu. I nie chodzi tylko o to, aby powtórzył liczbę goli w jednym meczu, ale po prostu o gole w ważnych momentach, które dawałby w Lidze Mistrzów awans. O bramki decydujące, zapadające wyjątkowo w pamięć, takie o których wszyscy by mówili, kiedy Robert brałby po prostu sprawy w swoje ręce i przepychał Bayern do następnej rundy. Ronaldo swój show tak naprawdę rozpoczynał właśnie na tych najważniejszych szczeblach rozgrywek, z najważniejszymi rywalami, kończąc dwoma golami w finale.

 

W ciągu trzech ostatnich sezonów Bayern dwa razy dotarł do półfinału, a ostatnio w dwumeczu odpadł już w ćwierćfinale z Realem Madryt. Żeby była pełna jasność: trzeba mieć nierówno pod sufitem, aby będąc Polakiem czepiać się „Lewego”, bo takiego grajka dawno nie mieliśmy i długo jeszcze pewnie mieć nie będziemy, ale skoro widzimy go w jednym szeregu z najlepszymi to go po prostu z nimi rzetelnie porównujmy. Jego poprzeczka jest właśnie gdzieś tam na wysokości Ronaldo i Messiego zawieszona. I warto zastanowić się dlaczego ostatnio w  oczach trenerów, zawodników i dziennikarzy z całego świata stawia go nie w ścisłej czołówce, tylko daleko poza pierwszą dziesiątką (teraz był nr. 16).

 

Według coraz bardziej popularnej narracji  Bayern jest po prostu dla Roberta za słaby. I gdyby wreszcie odszedł do swojego wymarzonego Realu czy gdzieś indziej to indywidualnie byłby bardziej doceniany, może wreszcie skutecznie zawalczyłby o wbicie się na plebiscytowe podium. Gwarancji jednak nie ma. Idąc do Realu zająłby przecież nie miejsce CR7, ale jeśli już to Karima Benzemy, który choć jest świetny, to w cieniu Portugalczyka w walce o indywidualne wyróżnienia kompletnie się nie liczy. Więcej bramek od Ronaldo strzelać nie będzie, bo mu na to Ronaldo po prostu nie pozwoli. W Barcelonie ta sama sprawa z Messim i Suarezem, z Paryżu z Neymarem czy Cavanim (tam Robert akurat nie chce iść, bo nie przepada za Francją). W grę ewentualnie mogłyby wchodzić kluby angielskie, ale ostatnio w Europie nie liczą się bardziej od Bayernu.

 

Co naszemu asowi pozostaje? Ruszyć w tym sezonie do ataku z Bayernem, pogodzić się z klubem mentalnie i powalczyć właśnie w Monachium o indywidualne trofeum dla siebie. Wbrew pozorom Bayern wciąż daje Robertowi ogromne możliwości. Teza, że Bayern nie wydaje aż takich pieniędzy na transfery jak inni i dlatego będzie odstawać jest efektowana („Lewy” postawił ją w słynnym wywiadzie dla niemieckiej gazety), ale może też być czymś w rodzaju alibi.

 

Tymczasem Bayern zatrudnił Lewandowskiego używając jak pamiętamy różnych forteli i prowadząc nie do końca czystą grę z Borussią Dortmund właśnie po to, aby tę Ligę Mistrzów znowu wygrać. Pprzypomnę, że wcześniej w 2013 roku też nie wydawano na transfery po 100 mln euro, a udawało się ją wygrać z Mario Mandzukicem w ataku (choć fakt, że Ribery, Robben byli w lepszej formie, a grali jeszcze Schweinsteiger i Kroos).

 

Od momentu kiedy Robert podpisał kontrakt wszystko w Monachium jest jemu podporządkowane. Wynegocjował gigantyczną podwyżkę i ma komfortowe warunki, aby przynajmniej do finału Champions League Bawarczyków pociągnąć (w 2014 roku udało mu się to ze znacznie słabszą i finansowo i sportowo Borussią). A wtedy piłkarscy mądrale z całego świata, którzy głosują w plebiscytach będą musieli oddać więcej głosów na Polaka.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze