Za każdym razem kiedy media podają informację, że jakiś zawodnik wyróżniający się w Niemczech ma polskie korzenie i waha się czy grać dla Polski czy dla Niemiec przypomina mi się sprawa Lukasa Podolskiego. W 2003 roku szef działu sportowego „Super Expressu”, w którym pracowałem, zlecił... namówienie do gry w polskiej reprezentacji młodego „Poldiego”, który przyjechał do rodziny do Gliwic. Misja się udała, Łukasz w koszulce polskiej reprezentacji, uniósł kciuk w górę i powiedział: „Czemu nie, przecież jestem Polakiem”. Osobiście do gry w polskiej ekipie namawiał go też kolega z 1 FC Koeln Tomasz Kłos, twierdząc, że mentalnie Łukasz jest absolutnie Polakiem. Gazeta miała świetny materiał.

 

„Polacy chcą nam ukraść napastnika” - zagrzmiał chwilę później niemiecki odpowiednik „Bild” i było po sprawie. Od tego czasu Podolski rozegrał 130 meczów dla Niemców, strzelił 49 goli, został mistrzem świata, dwa razy zdobywał brązowy medal na mundialach, raz wicemistrzostwo Europy i takie tam... A chłop ma dopiero 32 lata.

 

Strzelał też gole w meczu przeciwko reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy 2008 w Klagenfurcie, ale nie demonstrował radości, choć trybuny wyły: „ch... ci na imię, Podolski ch... ci na imię”. „Nie manifestowałem radości, bo mam szacunek dla kraju, w którym się urodziłem, mojej rodziny i kibiców w Polsce” - powiedział potem po niemiecku, tylko dlatego, że prowadzący konferencję prosił, aby każdy z jej uczestników wypowiadał się w języku obowiązującym w kraju dla którego grał. Podolski jako jedyny z reprezentantów Niemiec nigdy nie śpiewał też hymnu, co jednak miało swoją wymowę i strasznie Niemców irytowało.

 

Ale uwielbiali go. Mimo tego, że lubił puścić oko do Polaków. Tak jak po meczu na mundialu w 2006 roku, kiedy Niemcy wygrywając 1:0 wyrzucili nas z turnieju. Najpierw podszedł do grupki polskich dziennikarzy i widząc protestujących niemieckich reporterów rzucił w naszym kierunku z szelmowskim uśmieszkiem: _ Patrzcie jak się „gupki denerwujo, bo nic nie rozumiejo”, trzeba się było języków uczyć”.

 

My też tego „Poldiego” lubiliśmy mimo, że zrobił nas w konia i koszulkę reprezentacji Polski zakładał tylko do zdjęcia w gazecie. Ale dzięki przypadkowi Podolskiego, a także tych tzw. „farbowanych lisów”, którzy z kolei do nas bardzo chcieli dopiero kiedy zrozumieli, że nie zagrają dla Niemców czy Francuzów, bo są za słabi jak Boenisch, Polanski, Perquis czy Obraniak, przekonaliśmy się, że nie ma co się podobnymi historiami przesadnie ekscytować. Pomogli oni nam dźwignąć polską piłkę mniej więcej w takim samym stopniu jak Podolski...

 

Owszem, każdy przypadek jest inny. Warto popracować nad delikwentem, jego rodziną czy menedżerem, ale nic na siłę. Reprezentacja Polski to jest drużyna ekskluzywna, wyjątkowa. To nie jest miejsce dla każdego. Skoro Willi Orban nie jest przekonany gdzie mu bardziej po drodze, to najlepiej grzecznie powiedzieć: auf wiedersehen!