Nie mam jednak z tym żadnego problemu, taka jest naturalna kolej rzeczy. Irytuje mnie jednak wiele reakcji po byłego śmierci byłego selekcjonera. Zwłaszcza ludzi z tzw. naszego środowiska, działaczy, trenerów, piłkarzy czy części dziennikarzy. To wielkopańskie dystansowanie się od zmarłego. „Nie był z mojej bajki, ale szkoda człowieka”, „był jaki był, ale medal na igrzyskach jednak zdobył” itp. Bo w świecie mediów społecznościowych nie ma żadnych szans, aby ktokolwiek nie zabrał głosu i spokojnie sobie pomilczał. W tle oczywiście nawiązanie do korupcji w polskiej piłce, której Janusz Wójcik stał się twarzą. Jasne, że nie mówimy o świętym, a zarzuty jakie mu postawiono i kara na jaką skazano to nie było dzieło przypadku. Środowisko go potępiło, wypchnęło poza piłkarski nawias, objęło ostracyzmem.
 
Takie są fakty. Tyle, że moralizowanie przy okazji jego śmierci wielu dzisiejszych autorytetów, zakrawa na hipokryzję. To nie jest tak, że ludzie umoczeni w korupcji w polskiej piłce wyginęli jak mamuty. To nie jest tak, że wszyscy zostali ujawnieni, ukarani czy choćby zdyskredytowani. Przeciwnie, wielu z nich dzięki temu, że w porę wyraziło skruchę we wrocławskiej prokuraturze, dziś ma się świetnie. A w nowej sytuacji uchodzą oni  za krystalicznie czystych. Często mieli oni więcej grzechów niż „Wujo”, ale działali w białych rękawiczkach i nie używali słów na literkę k.
 
„Gdyby chcieć ukarać wszystkich sprawiedliwie, trzeba by nas wszystkich wsadzić w rakietę i wysłać w kosmos” – mawia przytomnie jeden z nestorów wśród polskich trenerów. Na miejscu byłoby też w tym przypadku biblijne: „Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamieniem…”
 
Żegnaj trenerze.

 

W załączonym materiale wideo jeden z ostatnich wywiadów udzielonych przez Janusza Wójcika, przeprowadzony podczas okolicznościowego spotkania z okazji 25. rocznicy zdobycia srebrnego medalu igrzysk w Barcelonie.