Tomaszewski: Sława odbiera prostotę

Tenis
Tomaszewski: Sława odbiera prostotę
fot. PAP/EPA

Kiedy Yannick Noah wygrał w roku 1983 turniej Roland Garros pokonując w finale Szweda Matsa Wilandera szybko stał się ikoną nie tylko sportu, jego sława wykroczyła daleko poza granice tenisa. Z czasem stał się najbardziej lubianą postacią we Francji, wyprzedzając Michela Platiniego, Zinedine Zidane'a czy piosenkarza Jeana - Jacquesa Goldmana. Potem stał się gwiazdą popu, popularnym piosenkarzem sprzedającym miliony płyt.

Tak się składa, że nasze drogi zeszły się właśnie w roku triumfu Yannicka Noaha w Paryżu. Poznaliśmy się dobrze. Podczas US Open w Nowym Jorku przedstawiłem mu jego przyszłą żonę Cecilię Rhode, matkę koszykarza New York Knicks Joakima Noaha. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku, a Yannick chciał uciec przed popularnością we Francji. Spotkaliśmy się znowu w Lille, kiedy w ostatni weekend zdobył swój trzeci Puchar Davisa jako kapitan drużyny Francji.


1982 - finał Pucharu Davisa Francja - USA w Grenoble. Przegrałeś z Johnem McEnroe i pokochałeś Puchar Davisa?

 

Yannick Noah:  Puchar Davisa lubiłem od dawna. Podobał mi się ten duch ekipy, dzielenie się radością. Mój tata był piłkarzem, dlatego kochałem też piłkę. Piłkę i tenis. Na korcie jesteś sam, wszystko tak naprawdę zależy od ciebie. A ja lubię ludzi, lubię dzielić się swoimi uczuciami z innymi i tak właśnie jest w Pucharze Davisa. Pamiętam finał w Grenoble i mój mecz z McEnroe, który przegrałem. Tak naprawdę marzyłem o dwóch rzeczach: wygrać turniej Roland Garros i zdobyć Puchar Davisa. W Grenoble, popełniliśmy błędy, nie wykorzystaliśmy okazji. Dlatego kiedy miałem już 30 lat, moi znajomi powiedzieli mi: Yannick kończysz z tenisem - dlaczego nie zostaniesz kapitanem Pucharu Davisa? Zgodziłem się, ale nie chciałem popełniać takich błędów, jak wtedy kiedy przegraliśmy z Amerykanami. Wykorzystałem tamte doświadczenia i przekazałem coś Forgetowi i Leconte,owi - reszta jest historią (Forget i Leconte zdobyli Puchar Davisa w Lyonie - przyp t.t.).

 

Trzy triumfy - Lyon, Malmoe, Lille... W Lyonie byłeś młody, wtedy powstał przebój „Saga Africa”, cały stadion tańczył w rytm tej piosenki...

 

W Lyonie miałem 30 lat. „Saga Africa” - ludzie mówią o tym, bo można to było zobaczyć w telewizji. Ale Lyon dla mnie to coś innego. Kiedy wygrałem turniej Roland Garros mój ojciec wszedł na kort - to było niezwykłe (rodzice Noaha byli rozwiedzeni - przyp. t.t). Kiedy wygrałem Puchar Davisa - wracając do hotelu wręczyłem Puchar mamie, bo ona była dla mnie ważna. Mogłem zadedykować jej to zwycięstwo - zasłużyła sobie na to. Malmoe - to było coś zupełnie innego. Ja mam szwedzkie dzieci.

 

Z Cecilią Rohde, którą przedstawiłem ci przed laty...

 

Tak, to prawda. Ja kocham Szwecję. W Malmoe był Joakim, Lena, Monfort, była cała czwórka - wszystkie moje dzieci. Dostali trofea i medale - jacy byli szczęśliwi. Lille - to jeszcze inna historia. Mój najmłodszy syn ma 14 lat. Jego pasją jest sport. Kiedy widzę z jaką admiracją patrzy na swojego starszego brata Joachima, na swoje siostry, które mu opowiadają historię. Chciałem by też miał swój puchar i mu go właśnie podarowałem. Sytuacja jest w zasadzie prosta - mam wybór: albo wygrać jeszcze jeden Puchar Davisa, albo mieć jeszcze inne dzieci...

 

Osiągnąłeś wszystko: sławę, pieniądze, miałeś też niezwykłe powodzenie u kobiet. Ale kiedy byłeś u szczytu - próbowałeś popełnić samobójstwo. Paradoksalnie wpadłeś w depresję. To wszystko nie dało ci szczęścia?

 

Niełatwo jest znaleźć odpowiedzi na pewne pytania, jakąś logikę w tym wszystkim. To prawda: moment wygranej, chwila triumfu to coś cudownego. Ale jest druga strona medalu. Zwycięstwo, sława - to wiąże się z samotnością. Na szczycie jesteś sam. A ja lubię ludzi. Lubię rzeczy zwykłe. Proste, małe rzeczy, moje małe szczęście. A sława ci to odbiera, tę prostotę. Dla mnie piękny szczęśliwy dzień jest taki: wstać rano, usiąść na ławce, poczytać książkę, pójść do piekarni, porozmawiać z ludźmi, obserwować świat. A kiedy jesteś sławny - stajesz się aktorem i inni cię obserwują, oceniają. A ja lubię być widzem, obserwować innych, rozkoszować się tym. Dlatego znalazłem równowagę, żyję na łódce, zrobiłem podróż dookoła świata. Owszem, czasami zagram sobie w tenisa tu i tam - ale moje życie jest gdzie indziej.

 

Jesteś sportowcem, ale także artystą. Czy nie brak ci muzyki, sceny? Co będziesz robił w przyszłym roku?

 

Brak mi muzyki, śpiewania, brak mi tego wszystkiego. Muzyka łączy ludzi, a sport tylko wtedy, kiedy wygrywasz, a wygrywasz przecież rzadko. To prawda - to niezwykłe, gdy zdobywasz coś dużego - tak jak w teraz w Lille. Ale zadaję sobie pytanie, czy to nie jest trochę ulotne. A muzyka zostaje na dłużej. Tak naprawdę żyje w tych dwóch światach - to wielki przywilej. Dwa życia. Nie mam odpowiedzi na twoje pytanie. Nie wiem jeszcze co będę robił. Dzięlę życie z moja żoną i moim synkiem - porozmawiam z nimi. Jeśli powiedzą mi: daj sobie już spokój z tenisem - wtedy skończę karierę kapitana.

 

Tomasz Tomaszewski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze