Trener Freddie Roach twierdzi, że Cotto jest najlepszym pięściarzem w historii Portoryko i niewątpliwie ma sporo argumentów, by podeprzeć nimi taką opinię. Tytuły w czterech kategoriach wagowych, to jeden z nich. Nikomu innemu się to nie udało.

 

Ale Portoryko miało przecież Carlosa Ortiza, Wilfredo Gomeza, Wilfredo Beniteza, Hectora Camacho czy Felixa „Tito” Trinidada, by wymienić tylko kilka znakomitości.


Nie zamierzam polemizować z Roachem, choć z pewnością ten ostatni chyba budził w samym Portoryko większe emocje. Komentowałem kilka jego walkę, w tym dwie które odbiły się nie tylko tam głośnym echem: z Oscarem De La Hoyą we wrześniu 1999 roku i kilkanaście miesięcy później, w grudniu 2000 roku z Fernando Vargasem. Obie w Las Vegas, obie w Mandalay Bay i pamiętam, bo tam byłem, jakie te wydarzenia robiły wrażenie, kto siedział wtedy na najdroższych miejscach, jak wyglądała ich promocja.


Po latach odwiedziłem Portoryko i w San Juan miałem okazję rozmawiać z trenerami, którzy doskonale znają zarówno Trinidada, jak i Cotto. Nie mieli wątpliwości, „Tito” wciąż budzi gorętsze uczucia, ale Cotto to też wielka persona.


Mam podobne zdanie, zawsze lubiłem oglądać Miguela Cotto (45-5, 33 KO), choć muszę szczerze przyznać, że podczas igrzysk olimpijskich w Sydney (2000), gdzie przegrał z Muhammadem Abdullajewem z Uzbekistanu, późniejszym złotym medalistą kategorii lekkopółśredniej (wtedy 63,5 kg, dziś 64 kg), umknął mojej uwadze. Ale późniejsze, zawodowe pojedynki nie pozostawiały już wątpliwości, że mamy do czynienia z przyszłym, wielkim mistrzem.


I tak też się stało. Po pierwszy pas (WBO w wadze junior półśredniej) sięgnął cztery lata później wygrywając z Kelsonem Pinto. W kolejnych latach wywalczył jeszcze mistrzowskie pasy w kategorii półśredniej, junior średniej i średniej.

 

Wiele jego walk przeszło do historii, te przegrane również. Chociażby z Antonio Margarito (ich pierwszy pojedynek, bo w rewanżu Cotto nie dał mu szans), Floydem Mayweatherem, czy Saulem Alvarezem. Najczęściej jednak to on był górą. Niewysoki (170 cm) mańkut, walczący z normalnej pozycji, wywierał morderczą presję na rywalach, a jego lewy hak na tułów siał spustoszenie. Nic dziwnego, że jak magnes ściągał tłumy Portorykańczyków, szczególnie w Nowym Jorku, który był jego matecznikiem.

 

W sobotę, w ostatniej walce (jeśli bokserom można wierzyć, że pożegnanie jest ostateczne) zmierzy się w nowojorskiej Madison Square Garden), w obronie należącego do niego pasa WBO w wadze junior średniej, z Sadamem Alim (25-1, 14 KO), amerykańskim olimpijczykiem z Pekinu (2008). Jest od niego o osiem lat starszy, ale i tak będzie faworytem. Ali to solidny pięściarz, lecz Cotto wciąż należy do ekstraklasy. I szkoda, że jeśli nie zmieni zdania, już nie będzie okazji go więcej w ringu podziwiać.