Dobrym papierkiem lakmusowym jest stadion Jagiellonii, która walczy o mistrzostwo Polski. Na meczach ekipy ze stolicy Podlasia w normalnych warunkach przychodzi około 10 tysięcy widzów. W ostatniej kolejce było cztery tysiące. Na meczu przyjaźni dwóch drużyn z wielkich miast Lechii i Śląska na nowoczesnym stadionie w Gdańsku oficjalnie zajętych było 8 tysięcy miejsc, ale liczba obejmuje chyba tych, którzy mieli wykupione karnety, ale nie przyszli. Tak naprawdę pewnie było około 5 tysięcy kibiców. Średnią kolejki nieco zawyża wypełniony w połowie obiekt Wisły Kraków podczas meczu z liderem Górnikiem Zabrze (16 tysięcy), ale na pozostałych meczach pustki.

 

I można zakładać, że w następnych kolejach (gramy do 17 grudnia) będzie jeszcze gorzej. Bo raz, że aura nie sprzyja, a poza tym ludzie w grudniu mają naprawdę sporo obowiązków i wydatków, które są istotniejsze niż futbol w krajowym wydaniu.

 

Argument, że w 2018 roku odbędzie się mundial, na który jedziemy i wszystkie rozgrywki powinny być podporządkowane pierwszej reprezentacji jest oczywiście w teorii słuszny. Ale jak się bliżej przyjrzeć to co ma piernik do wiatraka? 

 

Przecież z naszej ekstraklasy na mistrzostwa do Rosji pojadą gównie rezerwowi. A grać na siłę w środku zimy, aby wystawiani w pierwszym składzie przez Nawałkę legioniści Mączyński i Pazdan mieli szybciej wolne (ten drugi też pewnie niebawem wyjedzie), to lekka przesada.