Fakt, że najcenniejszy gracz  Guilherme odchodzi do najsłabszej drużyny ligi włoskiej - Benevento, która w ciągu pół roku zdobyła jeden punkt i za chwilę spadnie z hukiem, świadczy o poziomie obecnej kadry lidera ekstraklasy.  Skalę niewypału transferowego obrazuje też kierunek wypożyczenia Portugalczyka Hildeberto, który miał być czarnym koniem na Ligę Mistrzów – trzecia liga angielska. W nieco mniejszym stopniu próba wysłania Moullina do Stanów Zjednoczonych. A co tu jeszcze zrobić z innymi „asami”? Komu wepchnąć Nigeryjczyka Chukwu, który jest za słaby na pierwszą jedenastkę, a kasuje 700 tysięcy euro za sezon? Gdzie by się jeszcze dali aż tak nabrać i tyle wyłożyć? Podobnych pytań można by postawić jeszcze przynajmniej kilka i wydaje się, że to jest właśnie w tej chwili właśnie największym problemem prezesa. Jak zejść z kosztów, aby móc dać Jozakowi poszaleć?

 

Mało tego, fama o tym jak w Legii można dobrze skasować poszła w świat. Menedżerowie dobrze wiedzą, że to właśnie w Warszawie ustawiono w ostatnim czasie znakomity piłkarski bankomat i kiedy oferują swoich graczy to sobie za nich czy dla nich solidnie winszują. Skoro rezerwowym dostaje 700 tysięcy euro, a obrońca (Artur Jędrzejczyk) zresztą też nie grający z powodu kontuzji ma najwyższy kontrakt w lidze na poziomie 800 tysięcy euro to grzechem byłoby żądać mniej za usługi mojego klienta, który ma tę drużynę naprawdę wzmocnić. Przecież tego typu argumenty muszą padać podczas negocjacji  transferowych.

 

Przy okazji tematu Legii warto się zastanowić czy rzeczywiście w dłuższej perspektywie opłaca się zatrudnianie przez czołowe polskie kluby głównie obcokrajowców? Czy nie lepiej nawet zapłacić słono i może przepłacić za jakiegoś Polaka (każdy prezes stawia argument, że rodzimi zawodnicy są najdrożsi), a później sprzedać go z dużym zyskiem? Bo jednak to polskich zawodników transferuje się za największe kwoty. Obcokrajowcy trafiający do naszej ekstraklasy z reguły nie są w stanie po wyjeździe znad Wisły zrobić jakiejś wielkiej kariery.

 

Najdroższym obecnie zagranicznym zawodnikiem, który biegał kiedyś po polskich boiskach jest oczywiście pomocnik Barcelony Paulinho. Tyle, że to nie była przed laty kwestia transferu z ŁKS, ale tego, że łódzki klub nie miał stu tysięcy euro na jego wykup (niedawno Barca dała za niego 40 mln euro). Inny Brazylijczyk Marcelo po odejściu z Wisły Kraków grał jeszcze w Hannoverze 96, Besiktasie Stambuł, PSV Eindhoven, a teraz Olympique Lyon. To jest naprawdę kariera, ale chyba można powiedzieć, że to wyjątek potwierdzający regułę.

 

Bo kto jeszcze? Prejuce Nakoulma, który radzi sobie w Nantes, Nikolic zdobywający koronę króla strzelców także w MLS?, Kalu Uche swego czasu Hiszpanii, może Artjom Rudnews w Bundeslidze…

 

Można oczywiście dawać wiarę, że Guilherme przez najbliższe pół roku w Benevento zdoła wpaść w oko działaczom Juventusu, Interu czy Milanu, ale… bądźmy poważni.