I wciąż doskonale pamiętam co się wtedy działo na ringu w Atlantic City. To była walka na śmierć i życie w której lepszym pięściarzem był Gołota. Podobnie jak w ich pierwszym pojedynku, pięć miesięcy wcześniej, w nowojorskiej Madison Square Garden.

 

Wtedy też został zdyskwalifikowany za ciosy poniżej pasa. W obu przypadkach prowadził na kartach punktowych.

 

Jego kariera z wielu względów była niezwykła. Był zawodnikiem warszawskiej Legii i kiedy zaczynał sportową przygodę nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek stanie na zawodowym ringu. Pamiętam wywiad, który z nim przeprowadziłem po mistrzostwach Europy juniorów w Kopenhadze (1986), gdzie zdobył złoty medal w wadze ciężkiej (91 kg). Mówił, że nie lubi boksu i nawet nie myśli, że mógłby kiedykolwiek walczyć zawodowo.

 

Rok wcześniej został w Bukareszcie wicemistrzem świata juniorów. Przegrał w finale z legendarnym Felixem Savonem, który później trzykrotnie wygrywał igrzyska olimpijskie i sześciokrotnie mistrzostwa świata. Na tej samej imprezie Riddick Bowe, złoty medalista wagi półciężkiej i MVP tych mistrzostw obiecywał mi, że będzie najlepszym w gronie zawodowców. Dotrzymał słowa, był wielkim czempionem wagi ciężkiej.

 

Gołota takich obietnic nie składał, bo nie miał takich planów. Savona nie pytałem, ale on podobnie jak wcześniej Teofilo Stevenson nie zamierzał uciekać z Kuby, więc w jego przypadku zawodowe walki nie wchodziły w rachubę z politycznych względów.

 

Nikt nie wie jak potoczyłaby się kariera i życie Gołoty gdyby nie pewne wydarzenie we Włocławku, które zmusiły go do wyjazdu z Polski. On sam powiedział mi kiedyś, że dobrze się stało, bo mogłoby go dziś z nami już nie być.

 

Na kolejnych igrzyskach mógłby jednak walczyć o złoty medal, którego nie zdobył w Seulu przegrywając w półfinale z powodu kontuzji. Miał też w swoim amatorskim CV brązowy medal mistrzostw Europy (1989- Ateny) i nieudane starty na ME w Turynie (1987) i MŚ w Moskwie (1989). Miał też wielki talent i wspaniałe warunki fizyczne, którymi zachwycali się trenerzy.

 

W tym pierwszym, polskim okresie kariery, znałem go znacznie lepiej niż później, gdy wyjechał do USA. Obserwowałem podczas codziennych treningów, jeździłem na zgrupowania kadry juniorów, widziałem jego walki w Bukareszcie, Atenach i Moskwie, byłem obok, gdy razem z Jankiem Dydakiem i Darkiem Michalczewskim zdobywali pierwsze mistrzostwo Polski seniorów w Krakowie (1987). To było pokolenie wspaniałych chłopców z rocznika 1968. Gołota i Dydak rok później stali na olimpijskim podium w Seulu, a Michalczewski uciekł do Niemiec i cztery lata później został mistrzem Europy w Goeteborgu.

 

Z tej trójki tylko Dydak, z różnych względów nie został zawodowcem. A Gołota z Michalczewskim lata całe otwierali Polakom oczy na zawodowy boks.

 

Gołota choć cztery razy walczył o mistrzostwo świata wagi ciężkiej żadnej z nich nie wygrał, ale pamiętają go wszyscy. Wojny z Riddickiem Bowe zrobiły swoje. Później walka, której nie było z Tysonem. Remis z Chrisem Byrdem i problematyczna przegrana z Johnem Ruizem, obie w Nowym Jorku, również. Zwycięzca dwukrotnie leżał na deskach i został ukarany odebraniem punktu za faule a mimo to sędziowie wskazali na niego. Gołocie zabrakło odrobiny szczęścia i sprawnej lewej ręki, którą kilka lat wcześniej poważnie uszkodził w wypadku samochodowym. Gdyby funkcjonowała jak wcześniej pokonałby Byrda i Ruiza, byłby z pewnością mistrzem świata.

 

Kiedy walczył dostawałem gęsiej skórki. Nigdy nie wiedziałem co zrobi, jak się zachowa. Tylko ja wiem co przeżyłem komentując jego rewanżową walkę z Riddickiem Bowe i krótką bitwę z Tysonem siedząc przy ringu.

 

Z pewnością dostarczał niezwykłych emocji, dobrych i złych. Na jego walki cała Polska budziła się nad ranem z nadziejami i wiarą, że może teraz. Gdy walczył we Wrocławiu z Timem Witherspoonem oglądało go w Polsacie kilkanaście milionów widzów. Później niewiele mniej, gdy przegrywał w Łodzi z Tomaszem Adamkiem na Polsat Boxing Night, ale na ten pojedynek, moim zdaniem, nie powinien się zgodzić. Wszystko co najlepsze w boksie miał już za sobą.

 

Najwyższy czas na uczciwą książkę o Gołocie, a może nawet na fabularny film. Scenariusz napisało już życie.