Zimowe

Historyczny sukces Stocha! Polak królem...

Przez cały sezon skakali fantastycznie. W Lahti nasi skoczkowie zdobyli historyczny tytuł mistrzów świata.

 

Tak historia jest, jak bajka ze szczęśliwym zakończeniem. „Dzieci Adama Małysza”, jak mówiło się o fali młodzieży, która pojawiła się na polskich skoczniach po sukcesach Orła z Wisły osiągnęła to, czego mistrzowie nie było dane. Po raz pierwszy w historii polskich skoków narciarskich zdobyli złote medale mistrzostw świata w konkursie drużynowym.

 

Wcześniej, z dwóch poprzednich mistrzostw świata w Val di Fiemme i Falun, Polacy, których wtedy prowadził Łukasz Kruczek, wracali z brązowymi medalami. Tamte miejsca na podium musieli wyrywać po heroicznej walce. To było maksimum możliwości. Wtedy, przed konkursami, mogliśmy w to wierzyć. Teraz wystarczyły statystyki. Polacy przyjechali do Finlandii jako liderzy Pucharu Narodów i drużyna, która w każdym starcie wchodziła na podium. Udźwignęli rolę faworytów w sposób imponujący. W Lahti nie było wątpliwości, że są najlepsi. Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Maciej Kot i Kamil Stoch razem ważą pewnie jakieś 240 kilogramów, ale na skoczni zmieniają się w gigantów. Szczególnie w drużynie. Kubacki indywidualnie się spala i ma problem z pokazaniem pełni możliwości, ale gdy walczy z kolegami, jest świetny. Podobnie, jak inni.

 

Latami mieliśmy w skokach wybitne jednostki. Był Stanisław Marusarz, Wojciech Fortuna, Stanisław Bobak, Piotr Fijas czy wreszcie wyjątkowy Małysz. Po nim pojawił się Stoch, który przed 2017 rokiem zdobył prawie wszystko. Jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim, mistrzem świata i zdobywcą Kryształowej Kuli. Od zawsze mówił jednak o tym, że chciałby też wielkich sukcesów z drużyną. Brązowe medale smakowały wyjątkowo, ale to sukces z Lahti przeszedł do historii. Zdominowali pierwszą serię, która odbywała się w sprawiedliwych warunkach. W drugiej, gdy zaczął przeszkadzać wiatr – znowu nie mieli sobie równych. – Jestem dumny z tej ekipy – mówił wzruszony Małysz, który w Lahti był nie tylko dyrektorem PZN, ale też mentorem i... oficerem prasowym. Zajmował się w zasadzie wszystkim, łącznie z noszeniem plecaków. – Kiedy mogę pomóc i czuję się potrzebny, a do tego przychodzą takie chwile, to jest zaje... – cieszył się patrząc na Stocha i spółkę.

 

– Radość z tego złota jest tak wielka, że tracę głos. Przed ostatnim skokiem miałem jednocześnie najłatwiejsze i najtrudniejsze zadanie. Nie musiałem daleko skakać, ale wiedziałem, jaka jest stawka. Długo pracowaliśmy, aby być w tym miejscu – opowiadał Kamil. – Powoli dociera do mnie, że zdobyliśmy złoto. To spełnienie marzeń, a emocje będą pewnie jeszcze wracać. Mnie ściągali z belki dwa razy, ale musiałem to wytrzymać. Nie widziałem też flagi trenera. Patrzyłem, a tu nic, więc czekałem aż zapali się zielone światło. Nie jestem w stanie nawet opisać tych wszystkich emocji – dodawał Kubacki. – Super wyszło! – w swoim stylu śmiał się Żyła, który zdobył też indywidualnie brąz. Z kolei Kot zauważył, że to także sukces sztabu i rezerwowych, czyli Stefana Huli i Jana Ziobry. Za wszystkim stał Stefan Horngacher, którego przyjście do kadry przed poprzednim sezonem, odmieniło skoczków. Austriak wiedział, jak szlifować polskie diamenty.

 

Lahti i złote medale nie były jedynym sukcesem reprezentacji. W Planicy, gdzie kończył się poprzedni sezon biało-czerwoni wygrali też Puchar Narodów. – Jestem bardzo szczęśliwy. Wiele rzeczy się na to złożyło, ale przyznam szczerze, że nie spodziewałem się takiego finału. Myślałem o walce o trzecie miejsce, ale wygrana? Nawet o tym nie marzyłem – mówił Horngacher w Słowenii, a gdy spytaliśmy o najważniejszy moment sezonu odparł: – Właśnie ten, gdy odebraliśmy Puchar Narodów, bo bardzo ciężko i długo na to pracowaliśmy.

 

A w głowach wszystkich był już kolejny sezon. Wyjątkowy, bo olimpijski. – Chcemy kontynuować to, co zaczęliśmy. Nie możemy przespać ani chwili – powiedział Austriak i kilka dni po wyjeździe z Planicy rozpoczął z kadrą przygotowania. Jeśli w Pjongczangu nasi potwierdzą klasę, znowu będą walczyli o tytuł Drużyny Roku.