Inne

Wręczono coroczne Honorowe Nagrody Sportowe...

 

Po zakończeniu kariery próbował swoich sił jako trener. Był np. w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski (1989-90), prowadził krótko łódzki Widzew. Później zajmował się m.in. działalnością gospodarczą, pracował jako specjalista ds. marketingu. Był felietonistą sportowym i komentatorem telewizyjnym, napisał dwie książki. Od lat jest ekspertem telewizyjnym, a w latach 2011-15 był posłem na Sejm.

 

Wiosną 2015 roku został doceniony przez Irlandzką Federację Piłkarską, która uznała go "międzynarodową osobistością roku". - Niczego w życiu nie żałuję. Gdybym jeszcze raz się urodził, robiłbym to samo. Popełniłem bardzo wiele błędów, ale one są potrzebne, żeby wyciągać z nich wnioski. Przegrany 1:3 mecz w Warszawie z RFN to najważniejsze spotkanie w mojej karierze. Pół Polski chciało mnie wówczas powiesić, a drugie pół - skazać na banicję. Ale ja się podniosłem. Powiedziałem, że będę pluł krwią na treningach i udowodnię tym wszystkim ludziom, że nie mają racji. Mecz na Wembley był moją słodką zemstą. Na dziennikarzach i wszystkich fachowcach, którzy we mnie zwątpili - przyznał teraz.

 

W przeszłości słynął z wielu barwnych i kontrowersyjnych określeń, jak "dziuroland" czy "listkoludki" w odniesieniu do ludzi z Polskiego Związku Piłki Nożnej, "boska drużyna" (jeden Bóg wie, jak zagra - mawiał) czy "wielbłąd", gdy komentował poważny błąd piłkarza, zwłaszcza golkipera.

 

Nie unikał mocnych słów i konfliktów z ludźmi ze środowiska sportowego. M.in. proces sądowy wytoczył mu były selekcjoner Franciszek Smuda, a niewiele brakowało, żeby podobnie było w przypadku ówczesnego kadrowicza Damiena Perquisa, którego ostatecznie Tomaszewski przeprosił (po wpłynięciu pisma o cofnięciu pozwu sąd umorzył postępowanie o ochronę dóbr osobistych).

 

W ostatnich latach wypowiedzi Tomaszewskiego są znacznie bardziej stonowane. Reprezentacja Polski i krajowa federacja nie dają mu, jak twierdzi, powodów do krytyki. - Moim drugim zwycięstwem sportowym było to, że przyczyniłem się trochę do końca istnienia PZPN. Mówię o takim związku, jakim był w przeszłości. Kiedy 26 października 2012 roku Zbyszek Boniek został szefem polskiej federacji, powiedziałem, że to jeden z najważniejszych dni w naszym futbolu. Wtedy Polska była w szóstej, a wkrótce potem w siódmej i ósmej dziesiątce rankingu FIFA. Powiedziałem, że za trzy-cztery lata będziemy w pierwszej dwudziestce świata. Nie spodziewałem się tylko aż tak wysokiego miejsca (obecnie siódme). Polska Federacja Futbolu, od "Polish Football Federation", bo tak nazywam obecny PZPN, działa transparentnie, a Boniek jest jednym z najważniejszych ludzi w europejskiej piłce – przyznał.

 

W przeszłości Tomaszewski nie tylko krytykował, ale również domagał się zdecydowanych zmian w PZPN. - W styczniu 2012 roku, gdy byłem posłem, zgłosiłem na sejmowej komisji wniosek o natychmiastowe wprowadzenie komisarza do PZPN. Proponowałem na to stanowisko Bońka. Do Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie pozostawało niespełna pół roku. Przegrałem to głosowanie. Pamiętamy, co się stało w turnieju finałowym (ostatnie miejsce Polaków w teoretycznie najsłabszej grupie A). Szkoda gadać... A teraz? Jesteśmy dumni z federacji i drużyny narodowej. Na trybunach skończyły się przyśpiewki pod adresem PZPN. Drużyna Adama Nawałki ma, moim zdaniem, realne szanse na półfinał mundialu – podkreślił.

 

Mimo dużego optymizmu zaznaczył, że przed polskim zespołem niełatwe zadanie. - Zaczynają się schody. Wejść na szczyt jest łatwiej, ale teraz trzeba się na nim utrzymać, a to często trudniejsza sprawa. Przechodziłem przez to w swoim życiu. Dla mnie wejściem na szczyt było Wembley, a utrzymaniem mundial 1974 – zakończył jubilat.