Otwarta wojna pomiędzy gwiazdą Realu Madryt Cristiano Ronaldo i zarządzającym klubem Florentino Perezem jest chyba bardziej popularna niż ostatnie mecze „Królewskich”, które zresztą są beznadziejne. Oczywiście chodzi o pieniądze.
 
Cristiano Ronaldo jest smutny. W języku piłkarskim słynnego Portugalczyka oznacza to: za mało zarabiam, potrzebuję więcej. Hiszpańskie media, zwłaszcza te spoza Madrytu, przypominają, że poprzednio Cristiano „był smutny” w 2012 roku. Nie cieszył się po golach, obnosił ze swoim rzekomym stanem psychicznym i enigmatycznie tłumaczył, że klub wie gdzie szukać ukojenia. 
 
Smutek zamienił na szczęście gdy Real odnowił z nim kontrakt na nowych warunkach. Teraz sytuacja jest podobna z tym, że wyzwalaczami jego smutku są Leo Messi, Neymar, Gareth Bale i Urząd Skarbowy. Jak donosił „El Mundo” uważający się za najlepszego piłkarza świata, chce zarabiać jak najlepszy piłkarz świata, nie mniej niż Messi i Neymar, czyli 40 mln euro netto za sezon. A jeśli klub nie poprawi mu w ten sposób humoru to odejdzie.
 
Według hiszpańskich dziennikarzy CR7 zlecił swoim doradcom dotarcie do umów Neymara z PSG i Messiego z Barceloną i przeanalizowanie ich „co do milimetra”, aby wytłumaczyć Realowi zasadność podwyżki, której się domaga. Punktem odniesienia do żądań jako drugi najlepiej zarabiający w ekipie jest też Walijczyk Gareth Bale. Zdaniem Portugalczyka rozbieżność zarobków między nim, a Balem jest po prostu zbyt mała, nieadekwatna do różnicy klas obu graczy. I swoją drogą ciekawe co na takie stawianie sprawy przez swojego lidera myślą pozostali gracze „Królewskich” i czy istnieje w jego świadomości coś takiego jak „team spirit”?
 
Perez już dawno dostał sygnał, że jego as czuje się niedoceniany, ale zamiast konkretnej odpowiedzi zawodnik słyszał ponoć hiszpańskie: „mańana, mańana”. Teraz Perez jeszcze bardziej usztywnił swoje stanowisko, które brzmi mniej więcej tak: opuścisz klub, kiedy ja powiem i gdzie wskaże Real Madryt. A otwarta wojna jest podsycana przez olbrzymi kryzys sportowy, który dotyka drużynę (19 punktów straty do Barcelony) i słabą dyspozycję Cristiano (tylko cztery gole w lidze od początku sezonu). Wreszcie kłopoty z fiskusem Portugalczyka (sprzedaż praw do swojego wizerunku), w które wpędził się przez swoich doradców, a bez skutku zabiegał, aby klub wziął część zobowiązań na siebie.
 
Od razu oczywiście pojawiło się tysiąc spekulacji na temat klubów, które mogłyby wyłożyć te sto milionów euro za blisko już 33-letniego zawodnika, ale równie szybko te przymiarki są dementowane. Dziś „Marca” poinformowała, że Manchester United jest o krok od podpisania kontraktu z Alexisem Sanchezem z Arsenalu, co zamykałoby drogę powrotu Cristiano na stare śmieci. Wątpliwe, aby CR7 zdążył odejść jeszcze w tym okienku transferowym przed krótką rundą wiosenną i mundialem w Rosji.
 
Krajobraz może zmienić się już po dwumeczu Ligi Mistrzów z PSG, który czeka Real. Jeśli okaże się, że Ronaldo podobnie jak w poprzednim sezonie Champions League znów pociągnie drużynę i faszerowany pieniędzmi szejków klub z Paryża odpadnie z rozgrywek, to pewnie obrażony Perez się rozpogodzi i wysupła te kilkanaście milionów euro dla chciwego gracza, który dziś jest taki... smutny.