"Oni na imprezę, ty do Ekstraklasy". Kim jest Ambrosiewicz z Górnika Zabrze?

Piłka nożna
"Oni na imprezę, ty do Ekstraklasy". Kim jest Ambrosiewicz z Górnika Zabrze?
fot. PAP

By nabrać masy mięśniowej ćwiczył pod okiem trenera przygotowującego aktorów do roli w "Pitbullu". By poprawić lewą nogę całą przerwę wakacyjną spędził na osiedlowym orliku korzystając tylko z niej. W odpuszczeniu imprezy, mimo wieku, nie widzi nic dziwnego. Jego upór skutkował transferem do Górnika Zabrze, w którym zrobił taki postęp, że niedawno prezes klubu nagrodził go podwyżką. Kim jest i jaką drogę przeszedł Maciej Ambrosiewicz?

Gdynia. Pokój 8 metrów kwadratowych. Piłka i bramki własnej roboty. Rywal - 9 lat starszy brat Kuba. W ten sposób Maciej zaczynał przygodę z piłką, a Kuba był pierwszą osobą, która zauważyła w nim talent.

 

- W pokoju rozgrywaliśmy wyczerpujące turnieje. Potem zaczęło się wdrażanie Maćka do świata podwórkowego, na nasze betonowe boisko. Tam stawiał pierwsze kroki. To była jego pierwsza nauka, a jak widać - efekty są. Trzeba sobie dodawać, bo niezbyt często zdarza się, że ktoś z betonowego boiska gra potem w Ekstraklasie! - mówi z uśmiechem Kuba. Ambrosiewicz w wieku 7 lat trafił do Arki Gdynia.

 

- Maciek wyróżniał się rzetelnością i inteligencją. W szkole zawsze miał dobre oceny, ale na boisku też wyróżniały go ta inteligencja i antycypacja - zauważa Łukasz Radzimiński, który kiedyś trenował rocznik 98', a dziś jest już diagnostykiem pierwszej drużyny. Zapytany o najlepsze cechy „Ambro” wskazał więc na głowę, nie umiejętności piłkarskie. To nie jedyna tego typu opinia.

 

- Potrafił bardzo dobrze przewidywać, świetnie czytał grę - mówi nam z kolei Marek Leszczyński. Trener, który Ambrosiewicza zna jak mało kto, bo ten trenował pod jego okiem aż 7 lat.

 

- Czy głowa to mój największy atut? Nie wiem czy największy, ale na pewno duży. Inteligencja, łatwość w przyswajaniu nowych schematów... To u nas rodzinne - uważa sam "Ambro". Jego ojciec jest dyrektorem szkoły, brat wuefistą, a starsza siostra grała profesjonalnie w kosza. Sam nigdy nie myślał o tym sporcie, choć jeszcze jako 4-latek mozolnie trenował pod domem kozioł i rzut. I tak w kółko. Nie przeszkadzało mu, że nie potrafił jeszcze dorzucić do tablicy. Uparty był od małego.

 

Dziś jest piłkarzem, bez którego Górnika ciężko sobie wyobrazić. Znajduje się w żelaznej - w przypadku Marcina Brosza - dwunastce. To właśnie on i jedenastu innych zawodników może liczyć na regularne występy w tym sezonie. Jest uniwersalny. Gra jako defensywny pomocnik, ale gdy była potrzeba przeszedł na prawą obronę. Nie widzi problemu, by również z orzełkiem na piersi grać na tej pozycji. Za nim już pierwsze, październikowe powołanie do kadry U-21 na mecze z Finlandią (3:3)i Litwą (2:0).

 

Żurkowski-Ambrosiewicz. Duet stworzony do gry razem?

 

Gdy trener Brosz preferuje grę dwoma środkowymi pomocnikami (czyli zawsze) Maciej grywa często u boku Szymona Żurkowskiego. I nie ukrywa - w duecie z "Żurkiem" czuje się bardzo komfortowo. 

 

- Niby nasza dwójka środkowych to pomocnicy defensywni, ale Szymon ma jednak predyspozycje do gry do przodu, a ja gram na typowej "szóstce" - tłumaczy wzajemne uzupełnianie się na boisku.

 

***

 

Mecz Wisła Kraków - Górnik Zabrze. Ambrosiewicz pędzi przez długość niemal całego boiska, od pola karnego do pola karnego, w 85 minucie. Znajduje się w sytuacji "oko w oko" z Michałem Buchalikiem i lewą nogą oddaje atomowy strzał, który ląduje na poprzeczce. Z kolei w doliczonym czasie z rajdem rusza mający w nogach cały mecz Żurkowski. Ośmiesza Víctora Péreza, który próbuje go zatrzymać atakiem na czerwoną kartkę, przebiega kolejne kilkadziesiąt metrów i brutalnie powala go dopiero Marcin Wasilewski.

 

Od początku sezonu kibicom imponuje przygotowanie fizyczne młodych piłkarzy rewelacji Ekstraklasy, z Żurkowskim czy Ambrosiewiczem na czele. Ludzie pytają: "Kiedy Górnik spuchnie?", ale przynajmniej pod względem fizycznym to melodia przyszłości lub... po prostu część naiwnych życzeń kibiców innych klubów. - Nie było tak, jak opowiadali zawodnicy starszej daty, że jechali na obozy treningowe bez piłek. Każdy trening był z piłką. Przygotowania były ciężkie, ale biegania bez futbolówki i codziennej siłowni nie było. W wybieganiu i kondycji pomogły mi mega ciężkie treningi w Czechach - zauważa zapytany o fizyczną dyspozycję Ambrosiewicz, który przed Górnikiem grał 2 sezony w juniorach MFK Karvina.

 

Każdy wie, co ma robić na boisku i poza nim

 

Nie jest tajemnicą podejście do zawodu i do samej drużyny trenera Brosza. Zasady, zasady i jeszcze raz zasady. Zwłaszcza, gdy w szatni ma się chłopaków mających 19, 20 czy 21 lat.

 

- Czy trener trzyma nas krótko? Tak, zdecydowanie. Ma młody zespół i musi to robić. Z młodymi zawodnikami bywa różnie - nie ukrywa Ambrosiewicz. - Ale dzięki temu teraz mamy takie wyniki. Każdy wie, co ma robić na boisku, ale też poza nim - komentuje "regulamin" obowiązujący w szatni. Nie wygląda jednak z tego powodu na załamanego. Zapytany o zabawę, choćby kulturalną, z głową, która wydaje się nieodłączną częścią życia nastolatka mówi: - Nie ma nawet tego. Czasami wyjdziemy coś zjeść. Po wygranych meczach spotykamy się u kogoś, by przykładowo zagrać turniej w FIFĘ. Po takim początku sezonu mamy świadomość, że możemy coś osiągnąć. I tego planu się trzymamy.

 

Dzień przed naszym spotkaniem Górnicy grali w Zabrzu z Lechią. Piłkarze Adama Owena nie kryli się z tym, że po meczu pozwolili sobie na pizzę, wychodząc z szatni do autobusu z kwadratowymi pudełkami znanej sieci restauracji. Ambrosiewicz uznaje to za normalne, by po meczu na takie jedzenie sobie pozwolić. Sam - jak zdradziła jego siostra - preferuje "cheat meal" właśnie w dniu meczowym. By jednak na słynny "cheat meal" można było sobie pozwolić, przez resztę dni trzeba „trzymać” równie popularną, tak zwaną michę. Tak też do tematu diety podchodzi "Ambro". Jeść uwielbia, ale po wyjeździe do Czech jego dietą i treningiem na siłowni zajął się sam Jacek Franke, trener personalny przygotowujący do odegrania roli aktorów występujących w filmie "Pitbull". Piotr Stramowski, Sebastian Fabijański - to efekty jego treningów. Po wcieleniu w życie rozpiski trenera Franke Maciej w rok przytył... 12 kilogramów. Do wspomnianego Stramowskiego jeszcze mu trochę brakuje, ale nie ukrywa, że chce jeszcze urosnąć. Łatwiej o to będzie zwłaszcza w szatni Górnika, gdzie za nieprzestrzeganie diety grożą… "kary" od klubowych kolegów.

 

Styl życia

 

Ambrosiewicz rozumie popularne „piwko po meczu”, ale sam nie praktykuje tego zwyczaju ani - jak twierdzi - nie imprezuje. Czy jest tu jakiś haczyk? Z pytaniem udajemy się do Marty, siostry Macieja. Okazuje się, że to prawda. Pomocnik stroni od zabawy nie tylko w trakcie sezonu.

 

- Po ostatnim sezonie [gdy Górnik wywalczył awans - dop. red.], kiedy spotykał się w wakacje ze znajomymi i wracał szybko, bo oni szli na imprezę, a on nie, mówiliśmy "no tak, oni na imprezę, a ty do Ekstraklasy". Ale serio, on po prostu zawsze wiedział, czego chce - zauważa Marta.         

 

- Kiedyś w ogóle nie zapowiadał się na piłkarza, przynajmniej takiego stereotypowego. Bardzo dużo czytał. Gdy już mieszkałam poza Gdynią i przyjeżdżałam do domu, to obowiązkowo musiałam mu przywieźć nową książkę. Pochłaniał ją w jeden, dwa wieczory. Ulubiona to "Seria niefortunnych zdarzeń". Przeczytał chyba kilkanaście tomów.

Nie zapomniał też o kumplach z gdyńskich boisk. - Gdy jest przerwa zimowa lub letnia to umawiamy się na piłeczkę, a Młody dalej z nami gra - zdradza brat Ambrosiewicza. - Nieoficjalnie oczywiście! - dodaje Maciej. Jest też teoria w jaki sposób "Ambro" trafił 2 lata temu do Górnika. - W czerwcu 2016 wrócił do Gdyni z MFK Karvina i zagrał z nami w Gdyńskiej Lidze Szóstek. Kilka tygodni później wylądował w Górniku i grał w l lidze - śmieje się Kuba.

 

Przez jedne wakacje chodził na osiedlowe, sztuczne już boisko, by trenować tylko lewą nogę. - Gdy używałem tylko niej, szanse podczas gierek z kolegami były wyrównane - mówi piłkarz, któremu m.in. dzięki takiej "zabawie" lewą nogę udało się wypracować. Teraz ta bywa już postrachem, jak pokazuje mecz z Wisłą, bramkarzy ekstraklasowych. Przy okazji jednak świadczy to o sile charakteru. Chcesz o coś walczyć - oddaj się temu. Poświęć czas.

 

Czechy i Polska, czyli niebo a ziemia

 

Zanim wrócił do rodzinnego miasta i dostąpił zaszczytu gry w Gdyńskiej Lidze Szóstek, występował w juniorach MFK Karvina. Skąd wyjazd do Czech w wieku 16 lat? Zaczęło się od kolegi.

 

Aron Formela, dziś nieznany bliżej piłkarskiemu światu były junior Arki, wyjeżdża do Karviny, by kontynuować tam młodzieżową karierę. Po koleżeńsku daje znać Ambrosiewiczowi, który przyjeżdża, by zobaczyć jakie warunki panują w Czechach zimą 2014 roku. Latem wraca już jako piłkarz Karviny.

 

- Siedem naturalnych boisk pełnowymiarowych, dwa sztuczne. To powinno mówić wszystko. Nie da się tych dwóch światów porównać - mówi zapytany o infrastrukturę w Czechach i w Arce. To, co ciężko wyobrazić sobie w Polsce, możliwe jest 3,5 kilometra za naszą południową granicą.

 

- Gdyby nie Czechy nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Warunków z Arki czy innych naszych klubów, nawet ich internatów, nie ma co porównywać do tych z Czech. Efekt? Moje dzisiejsze wybieganie i wytrzymałość - tak recenzuje swój wczesny wyjazd za granicę jeden z przedstawicieli zabrzańskiej młodzieżówki.

 

Ciężko byłoby odejść nawet do lepszej drużyny

 

Choć "Ambro" ma dopiero 19 lat, wystąpił w 46 meczach pierwszej drużyny Górnika. Był kluczowym zawodnikiem już w zeszłym sezonie w l lidze. Gdy nikt nie słyszał jeszcze przykładowo o Żurkowskim, na niego Brosz stawiał już regularnie. Doświadczenie zdobyte w tak młodym wieku daje możliwość pierwszych wniosków dotyczących piłkarskiej rzeczywistości.

 

Jakub Komincz: W Zabrzu jest duże "ciśnienie" na Górnik, na stadion przychodzi komplet kibiców, na Śląsku dużo mówi się o waszej drużynie. To wszystko cię pozytywnie nakręca, czy raczej deprymuje i wolałbyś grać - pod względem samej atmosfery wokół pierwszej drużyny i z pełnym szacunkiem dla Piasta - np. w Gliwicach?

 

Maciej Ambrosiewicz: Zdecydowanie nakręca mnie to. Już się trochę przyzwyczailiśmy, bo na l lidze było już 10 czy 15 tysięcy ludzi na stadionie. Z całym szacunkiem, ale teraz gdy jedziemy na mecz z niektórymi mniejszymi klubami, to tego meczu się nie odczuwa. Nam się ciężej gra. Na takich wyjazdach nie wiadomo czy przyjechałeś na Ekstraklasę, czy na ll lub lll ligę. Nawet w tych ligach stadiony bywają czasami lepsze i bardziej wypełnione.

 

Dobrym przykładem jest Łódź i atmosfera na Widzewie.

 

Na przykład. Czasami rozmawiamy z chłopakami, że ciężko byłoby nam odejść nawet do lepszego zespołu, ale gdzie jest mniej kibiców. Grałoby się gorzej, ciężej. Zżyliśmy się z pełnymi trybunami.

 

Jak gra się w zespole, w którym większość stanowi grupa młodych piłkarzy?

 

Ważne jest podejście. Nas nie zadawala 1:0. W każdym meczu widać, że gramy o 3 punkty. Jedziemy na Legię i gramy o pełną pulę, gdzie większość jedzie po remis. Choć nie raz straciliśmy przez to punkty, np. z Koroną. Ogólnie w Polsce młodych dobrych zawodników jest bardzo dużo. Chodzi o to, czy dostają szansę. Nie jeden czy dwa mecze, bo ciężko po nich cokolwiek ocenić, tylko szansę.

 

Najzabawniejsza sytuacja z szatni?

 

Był w sierpniu taki trening, gdzie jeden z nas, nie będę go zdradzał, przyszedł na boisko i zamiast już coś robić, rozgrzewać się, położył się na ziemię. Jakby się opalał. Po prostu leżał. Nagle zdenerwowany trener bramkarzy krzyknął do niego: "Co jest?!", a on: "Niedziela!" (śmiech)

 

Pamiętam też, jak w Pucharze trener zabrał na mecz z Ostródą tych, którzy na co dzień nie grają. Zostałem ja czy Szymon Żurkowski. Zabraliśmy kluczyki do aut zawodników, którzy pojechali, samochody poprzestawialiśmy, a Wojtkowi Pawłowskiemu obkleiliśmy cały samochód kolorowymi naklejkami. Wiadomo - najlepsze auto, to dlatego! (śmiech) Miał trochę roboty gdy wrócił. Ogólnie zabawne sytuacje z szatni to te związane z Wojtkiem. Szkoda, że trafił na taką dyspozycję Tomka Loski, w innym klubie spokojnie grałby w pierwszym składzie.

 

Kogo wskazałbyś jako najlepszego zawodnika ligi, z którym przyszło ci zagrać?

 

Wszyscy mówią Angulo, Carlitos, a ja powiem Rafał Kurzawa.

 

Tak ci się wydaje? Oryginalna opinia.

 

Czy mi się wydaje? Można powiedzieć, że już to wiem. Najlepszy nie na swojej pozycji, tylko ogólnie. Igor strzela, Carlitos strzela, o nich mówi się najwięcej, ale czasami jak strzelisz nawet jedną bramkę to już jesteś gwiazdą. Niepopularna opinia, ale od osoby, która widzi go na co dzień. Możesz się go zapytać, czy mieliśmy jakiś zakład, ale ja tak po prostu uważam.

Jakub Komincz, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze