Przemysław Iwańczyk: Zacznijmy od przywołania Letnich Igrzyska Olimpijskich w Seulu w 1988 roku. Czy napięcie między Koreą Północną i Południową jest porównywalne z tym, z którym mieliśmy do czynienia trzy dekady temu?

Oskar Pietrewicz: Jest inaczej. Trwała zimna wojna. Korea Północna nie była mocarstwem nuklearnym. Była bardziej nieprzewidywalna niż obecnie. To było państwo, które przeprowadziło zamach terrorystyczny na samolot południowokoreański. Celem takiego aktu było skompromitowanie organizatora letnich igrzysk z 1988 roku. To się nie udało. Olimpiada w Seulu była gigantycznym sukcesem - organizacyjnym, sportowym i politycznym. To była Korea Południowa u progu wielkich demokratyzujących zmian. Południe chciało wysłać swój komunikat: potrafimy zorganizować globalne wydarzenia, liczymy się w światowej rozgrywce i nie przeszkodziła nam Korea Północna. Obecnie jest inaczej. Były próby rakietowe, ale nie było zamachu ani działań zmierzających do sparaliżowania organizacyjnego tej imprezy przez Koreę Północną.

Korea nie posuwa się do aktów terroru, ale próbuje szantażować świat. Pytanie, czy świat wystraszy się nieprzewidywalności Korei Północnej. Czy może uzna, że w igrzyskach, przynajmniej w tej idei coubertinowskiej czy wcześniejszej starożytnej, to czas, w którym ustają wszelkie niepokoje i wojny?

Nadzieja na spokój leży jednak w kalkulacjach Korei Północnej, a nie w pięknych ideach olimpijskich. To, na czym teraz zależy Korei Północnej to uspokojenie. Poprzedni rok był bardzo napięty. Korea Północna była na granicy swojej wytrzymałości gospodarczej. Z punktu widzenia władz północnokoreańskich ten okres wyciszenia jest potrzebny. Dodatkowo osłabia argumenty Stanów Zjednoczonych, które rozważały przecież różne scenariusze, włącznie z uderzeniem militarnym. A Korea Północna od początku roku okazuje się gołąbkiem pokoju. Koreańczycy z Północy propagandowo podkreślają, że uspokojenie jest ich zasługą. Zaczęło się od przemówienia noworocznego Kim Dzon Una. Jestem jednak przekonany, że to wyłącznie uspokojenie taktyczne niż początek trwałego pojednania.

Czy Korea Północna wykorzysta igrzyska jako okazję do otwarcia nowego frontu rozmów, choćby ze Stanami Zjednoczonymi?

Zdecydowanie tak. Kluczowa będą tu imprezy otwarcia i zamknięcia. Wiemy, mniej więcej, kto się tam pojawi się...

Jak to będzie wyglądać?

Podobnie jak w Soczi w lożach honorowych stadionu olimpijskiego pojawią się najwyżsi przedstawiciele państw. Wiemy, z kim spotka się prezydent Korei Południowej, m.in. z prezydentem Andrzejem Dudą. Jest też delegacja północnokoreańska. Na jej czele stoi Kim Yŏng Nam, dziewięćdziesięcioletni weteran dyplomacji północnokoreańskiej, ceremonialna głowa państwa. Ale nie wiemy, kto będzie mu towarzyszył. Świat dowie się, kto wejdzie w skład delegacji politycznej dopiero w dniu otwarcia igrzysk.

Nie przypuszcza Pan, że będzie to sam Kim Dzon Un?

No nie, ale są różne przecieki. Może to być jego siostra, Kim Yo-jong, osoba numer dwa w państwa. Paradoksalnie, ważniejsi są członkowie delegacji, a nie sam szef delegacji. Ten ostatni to zawodowy dyplomata, który objechał cały świat, ale nigdy nie był w Korei Południowej. Kim Yŏng Nam był bardzo bezpiecznym wyborem ze strony Korei Północnej, ponieważ nie widnieje na żadnej liście sankcji. Można wpuścić, bez potrzeby tymczasowego anulowania sankcji, co jest także bardzo wygodne z punktu widzenia organizatora.

W strefie zdemilitaryzowanej dochodziło do negocjacji dotyczących igrzysk przedstawicieli obu krajów. Kto, z kim się spotykał i co tam ustalono?

Pierwsze spotkanie odbyło się 9 stycznia. To były bardzo różne delegacje. Byli przedstawiciele ministerstw sportu. Ale także minister ds. zjednoczenia ze strony Korei Południowej, który spotkał się ze swoim odpowiednikiem z Północy. Strony były nastawione na rozmowy na temat igrzysk, ale przy tej okazji ustanowiono utworzenie, tzw. gorącej linii. Takich linii było kilkadziesiąt. To coś bardzo pozytywnego, bo po 2016 roku takiej linii nie było. Rozmowy na tej linii sprowadzają się do telefonów rano i kurtuazyjnego “dzień dobry, u nas wszystko w porządku, a u was?” i "do widzenia, do jutra" na koniec dnia. Tylko tyle. Ale to jest utrzymywanie dialogu. Pod pretekstem igrzysk otwarto to, co było zamknięte w ostatnich dwóch, trzech latach. Jest też impuls dodatkowy. Być może igrzyska będą sprzyjały wymianie kulturalnej. Do Pjongczangu przyjechali członkowie orkiestry i grup artystycznych z Korei Północnej. Dialog kulturalny był elementem pojednania w latach 90. i na początku XXI wieku. Ostatnie lata zupełnie temu nie sprzyjały. Strony były nastawione na konkretne ustalenie szczegółów igrzysk. Ale otworzono też furtkę... A może, jeśli Igrzyska w Pjongczangu udadzą się, Korea Południowa złagodzi sankcje wobec Północy? Może oba kraje nawiążą współpracę gospodarczą? Korea Południowa podchodzi do tego ostrożnie, skupmy się na igrzyskach. Dialog międzykoreański to dialog naznaczony bardzo dużą niepewnością i podejrzliwością z obu stron. Tak zwana "słoneczna polityka", "polityka wyciągniętej dłoni" Korei Południowej wobec Korei Północnej skompromitowała się. Południe chciało kupić sobie spokój. Dochodziło do wręczenia łapówek urzędnikom północnokoreańskim. Szczyty z udziałem głów państw były opłacane przez koncerny południowokoreańskie. Pieniądze, które Korea Północna otrzymała za dialog z Koreą Północną, były przeznaczane na finansowanie programu nuklearnego i rakietowego. Obecnie prezydent Moon Jae-in, kiedy został wybrany na urząd, mówił w zeszłym roku: “będę prezydentem pojednawczym wobec Korei Północnej, ponieważ nie opłaca się być w permanentnym konflikcie z sąsiadem, którego nie możemy się pozbyć". Teraz pojawia się sprzyjająca okoliczność w postaci igrzysk. To rewelacyjna politycznie sytuacja. Ale jest duża doza niepewności co do intencji Korei Północnej. Czy faktycznie jest nastawiona na dialog, czy może chce powtórzyć poprzedni scenariusz, czyli wykonywać gesty i wyciągnąć pieniądze?

Jak światowe mocarstwa, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, odbiorą te gesty pojednawcze? Jak ważne mogą być, z pozoru błahe sprawy, jak wspólny program artystyczny, czy wspólna reprezentacja hokejowa kobiet obu krajów?

Są to gesty, ale bardzo ważne. Dialog zawsze był okraszony symbolicznymi gestami. Jeśli chce się cokolwiek zrobić, to jest to element niezbędny. Stany Zjednoczone podchodzą do tego bardzo sceptycznie. Wysyłają sygnały do Korei Połdudniowej - nie dajcie się nabrać. Z drugiej strony, administracja Donalda Trumpa nie ma zbyt wielu okazji do rozmów z Koreą Północną. Mike Pence stojący na czele amerykańskiej delegacji na igrzyska w Pjongczangu powiedział, że nie wyklucza, że będzie rozmawiał z szefem delegacji północnokoreańskiej Kim Yŏng Namem przy okazji spotkań oficjalnych lub kuluarowych. A to byłoby bardzo istotne , mając na uwadze bardzo ostrą retorykę ze strony Donalda Trumpa i Kim Dzon Una w ostatnim roku. W polityce amerykańskiej wobec Korei Północnej bardzo kuleje komponent dyplomatyczny. Jest wyłącznie polityka sankcji i polityka presji. Stany Zjednoczone mają doświadczenia rozwiązania bardzo problematycznych spraw za pomocą dyplomacji przy okazji wydarzeń sportowych. Chociażby doświadczenia dyplomacji pingpongowej, czyli dialogu amerykańsko-chińskiego z lat 70. Warto wykorzystywać takie okazje, aby doszło do zainicjowania dialogu. Zainicjowania, a nie przełomu.

Czy Korea Południowa jest gotowa do igrzysk olimpijskich. Pytam o to w kontekście sytuacji wewnętrznej. Widzę tu pewną analogię do Brazylii, która organizowała Finał Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, a dwa lata później Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Kraj był targany kłopotami wewnętrznymi, skandalami na szczytach władzy. W Korei Południowej mamy podobną sytuację.

To prawda. To był bardzo trudny rok. Gigantyczny skandal korupcyjny, doprowadzenie do impeachmentu prezydent Park Geun-hye, która przebywa w areszcie, zaangażowanie w tę sprawę wielkich koncernów południowokoreańskich, na czele z Samsungiem. Był to ogromny kryzys wewnętrzny, który doprowadził do zmiany opcji politycznej rządzącej Koreą Południową. Ale igrzyska to przedsięwzięcia ogólnopołudniowokoreańskie. W tym sensie kryzys polityczny nie przeszkodził Korei Południowej w przygotowaniach. To co przerobili Koreańczycy było bardzo trudne. Lud południowokoreański, dzięki bezprecedensowemu sprzeciwowi na ulicach doprowadził do  impeachmentu. Ale wielkie problemy polityczne nie zachwiały stabilnością kraju.

Po co Korei Południowej igrzyska olimpijskie? Kraje, które świadomie rezygnują z organizacji - Niemcy, kraje Skandynawskie - robią to, ponieważ wiedzą, że jest to olbrzymi wydatek, który nie niesie ze sobą oczekiwanych korzyści. A więc, po co to Korei. Nie jest przecież reżimem, który musi uwiarygadniać się w oczach świata. Nie jest także tak obrzydliwie bogata, jak Katar, który chce zorganizować Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, aby udowodnić, że jest cywilizacją wyprzedzającą Europę i Stany Zjednoczone... A więc dlaczego?

Proszę zwrócić uwagę na to: Pjongczang 2018, Tokio 2020 (XXXII Letnie Igrzyska Olimpijskie - przyp. red.) oraz Pekin 2022 (XXIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie - przyp. red.)...

Czyli dominacja Azji, także w wymiarze sportowym?

Pjongczang ubiegał się organizację igrzysk trzy razy. To było zaplanowane przedsięwzięcie. Element promocji, budowania soft power i wysłania komunikatu...

Ale komu? Japonii?

Na pewno jest tu element rywalizacji regionalnej. Podobne do dzisiejszych argumenty pojawiały się w latach 70. po organizacji Igrzysk w Tokio w 1964 roku. Starania trwały kilkanaście lat, ale w końcu się udało zorganizować Seul 1988. Po nim było doświadczenie organizacji wspólnie z Japonią piłkarskiego Mundialu w 2002 roku. Takie przedsięwzięcie powinno zbliżyć. Nic bardziej mylnego. Koreańczycy z Południa i Japończycy to bardzo poróżnione narody. Organizacja Igrzysk w Pjongczangu to jednak bardzo ważny komunikat -  Półwysep Koreański nie jest miejscem zdominowanym medialnie przez Koreę Południową, próby rakietowe, nuklearne oraz incydenty zbrojne, ale jest miejscem, gdzie można zorganizować imprezę globalną z pozytywnym przekazem. Skupienie uwagi mediów na Korei Północnej jest deprymujące dla Południa. Koreańczycy z Południa przeprowadzili nawet pewien zabieg językowy. Zmienili w zapisie nazwy Pjongczang literę “c” na wielką. Aby widzowie na całym świecie widzieli, że PjongCzang to nie to samo, co Pjongjang. W lutym media mają mówić o Pjongczangu, a nie o Pjongjangu. Ale poza wszystkim, Koreańczyków było stać na organizację. A jeśli dodatkowo uda się zainicjować coś dyplomatycznie, będzie to absolutne zwycięstwo Korei Południowej.

W przeszłości kraje organizujące wydarzenia sportowe, zwłaszcza reżimy, starały się potwierdzić swoją przewagę sportową jako emanację ich przewagi militarnej czy politycznej. Jeśli sięgniemy do 2002 roku, czyli piłkarskiego Mundialu w Korei Południowej i Japonii, to przypomnimy sobie… Powiedzmy wprost “przewały” sędziowskie, które miały doprowadzić Koreę do fazy półfinałowej. Skończyło się to niesmakiem.

To było kilkanaście lat temu. Nie sądzę, żeby dochodziło do takich sytuacji w Pjonczangu...

A Seul 1988? Sędziowie robili wszystko, zwłaszcza w boksie, aby Koreańczycy z Południa byli na czele klasyfikacji medalowej. Jako kibic i dziennikarz mam prawo mieć podejrzenia.

Pytanie, czy sukces sportowy jest tu najistotniejszy... Według statystyk Korea Południowa jest bardzo silna w pewnych dyscyplinach, choćby short tracku czy łyżwiarstwie szybkim. Oczywiście, zawsze lepiej zdobyć złoto niż inny medal lub być poza podium. Ale zdziwiłby się, gdyby Koreańczycy postępowali nadal w ten sam sposób, jak podczas imprez, o których Pan wspomniał. Zaburzyłoby to próbę budowania wizerunku odpowiedzialnego, racjonalnego państwa, które nie chce skoreanizować tej imprezy. Koreańczycy, zarówno ci północy, jak i z południa, to skrajni nacjonaliści. Rywalizacja regionalna jest tu bardzo silna, a sport pobudza do niej dodatkowo. Jednak po ostatnim roku "przewałów" na szczeblu politycznym, "przewały” sportowe podczas Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu byłyby fatalne wizerunkowo. Mam nadzieję, że nie będzie do nich dochodziło... Jednak nie można tego wykluczyć.