Wiatr wiał na naszą niekorzyść, taki jest dominujący ton komentarzy.

 

Na szczęście nie brakuje głosów rozsądku. Bronisław Stoch, ojciec Kamila, dwukrotnego mistrza olimpijskiego z Soczi, cieszył się z czwartego miejsca syna mówiąc, że to znakomity wynik, w podobnym stylu wypowiada się ojciec Stefana Huli, przed laty brązowy medalista MŚ w kombinacji klasycznej. Zdaniem Huli seniora drugi skok jego syna mógł być lepszy. Dodał też, że wszyscy w rodzinie bardzo cieszą się z piątego miejsca, choć oczywiście mają świadomość, że była szansa na medal.


A była i to wielka, co do tego nikt nie ma wątpliwości. Po pierwszej serii na czele były przecież dwa polskie nazwiska: prowadził SHula ze sporą przewagą nad Stochem i Norwegiem Johannem Andre Forfangiem.

 

Warto też przeczytać wywiad z Łukaszem Kruczkiem, byłym trenerem naszej reprezentacji, który wyjaśnia na czym polega skakanie w takich loteryjnych warunkach, jakie panowały na średniej skoczni w Pjongczangu, logicznie wyjaśnia też jak działa (niestety niesprawiedliwie) system rekompensat i wypowiada się, czy były formalne przesłanki, by przerwać konkurs.


Sam Kamil Stoch, wielki faworyt tego konkursu, fakt że zabrakło go na podium skomentował krótko: świat się na tym nie kończy, choć oczywiście nie ukrywał, że jest rozczarowany.

 

Polakom niestety zabrakło szczęścia w tej wietrznej loterii, szczególnie Dawidowi Kubackiemu, który odpadł już po pierwszej serii. Stoch miał z pewnością gorsze warunki od tych z którymi rywalizował o podium, ale podobnie jak Hula mógł skoczyć metr, dwa dalej i nie byłoby tej całej histerii związanej z niepowodzeniem naszych skoczków.


Spójrzmy jeszcze na punktację sędziów, bo nic się o niej nie mówi, a był to przecież jeden z czynników, który dał brązowy medal Robertowi Johanssonowi. Norweg, który atakował z dziewiątego miejsca w drugiej próbie poleciał daleko (113,5 m), wyrównując ubiegłoroczny rekord skoczni Stefana Krafta, ale był to jednocześnie skok daleki od doskonałości. Trzech sędziów (Koreańczyk, Fin i Niemiec) punktowało więc po 17,5 pkt. Dwóch, Polak Ryszard Guńka i Słoweniec Milos Kern, po 18,5 pkt. Biorąc pod uwagę fakt, że dwie skrajne noty się odrzuca, decydująca o tym, że Stoch nie zdobył medalu była ta, zawyżona moim zdaniem, punktacja 18,5 pkt.


Kamil Stoch przegrał brązowy medal o 0,4 pkt, a Stefan Hula o 0,9 pkt. Gdyby Guńka lub Milos Kern byli nieco bardziej powściągliwi w ocenie skoku norweskiego skoczka i dali mu, powiedzmy 18 pkt, na podium w Pjongczangu stałby Stoch. A gdyby tak jak trójka innych sędziów – 17,5 pkt, to Johansson byłby dopiero piąty, za Hulą, który skończyłby na miejscu czwartym.


Pozostaje jeszcze kwestia oceny drugiego skoku Stocha: dwóch sędziów dało Polakowi 19 pkt, a trzech, w tym Guńka 18,5 pkt. Nikt mi nie wytłumaczy, że Johansson za swój, z zachwianym lądowaniem, zasłużył na taką samą punktację.


Ale wiatr jak widać przysłonił wszystko, włącznie z racjonalną oceną punktacji, tyle że nikt o tym głośno nie mówi. A szkoda, bo warto.