Jeszcze w 2003 roku dyrektorem turnieju był Stanley Franker. W latach 1986 – 1998 Stanley Franker prowadził reprezentację Holandii w Pucharze Dwighta Davisa. Franker urodził się w Surinamie, w uroczym mieście Paramaribo, był najlepszym tenisistą w historii Surinamu, ale spełnił się dopiero jako kapitan tulipanów. Wyprowadził Holendrów z głębin oceanu awansując z kadrą do Grupy Światowej. To niebywały sukces Frankera. W 2004 roku Stanley poczuł się zmęczony pracą i przekazał fotel dyrektora turnieju w Rotterdamie swojemu byłemu podopiecznemu, który miał spory udział w wywalczeniu awansu do tejże Grupy Światowej… Richard Krajicek, znakomity tenisista, który mając 12 lat zaniechał gry oburęcznym bekhendem i zaczął szlifować jednoręczny bekhend, przejął stery nad turniejem rozgrywanym w Ahoy Stadium. W 2003 roku pula nagród wynosiła 825 tysięcy dolarów amerykańskich. W 2018 roku Krajicek dysponuje bajońską kwotą 1 862 925 euro. Richard zaciera ręce, turniej rośnie w siłę, gwiazdy chętnie przyjeżdżają do Rotterdamu, a Krajicek serwuje wyborne danie kuchni holenderskiej – stamppot – czyli ziemniaki utłuczone z warzywami…
 
Pogromca Samprasa nie lubi leniwych świnek
 
Richard Peter Stanislav Krajicek urodził się 6 grudnia 1971 roku w Rotterdamie. Tylko z ustnych przekazów rodziców pamięta wydarzenia Praskiej Wiosny’1968 (Prażske Jaro w języku Hrabala i Kundery). Krwiożercze działania Leonida Breżniewa, aresztowanie Alexandra Dubceka, przemówienia Ludvika Svobody, operację „Dunaj”… Rodzice Krajicka zachowali w sobie ogrom determinacji, a że działali szybciej niż rwąca Łaba w swoim karkonoskim źródle, przeto Richard urodził się już w kraju wolnym od wpływów Sowietów. Był słodkim brzdącem kiedy po raz pierwszy ujął rakietę w dłoń. Miał zaledwie 4 latka... Najlepiej czuł się w towarzystwie australijskiego trenera Rohana Goetzke, który zasysał w nim wiarę „w to, co pozornie jest niemożliwe”. Kontynent zwany Down Under kroczył za Krajickiem od czasów juniorskich poprzez pierwszy profesjonalny skalp aż po koronę Wimbledonu. Wygrywał mistrzostwo Holandii do lat 12 i do lat 14 (dwukrotnie). A pierwszy turniej wygrał mając niespełna 20 lat pokonując na kortach twardych w Hong Kongu a jakżeż by inaczej… Australijczyka Wally’ego Masura 6-2, 3-6, 6-3. Pierwszy sukces na turnieju Wielkiego Szlema, po którym zrobiło się głośno wokół Krajicka, odniósł w Melbourne. W 1992 roku Richard awansował do półfinału Australian Open. W trzeciej rundzie pokonał w pięciu setach Michaela Changa, a w ćwierćfinale rozegrał kapitalny, znów pięciosetowy mecz z Michaelem Stichem i wygrał z Niemcem. Niestety, Richard był na tyle wyczerpany, że oddał walkowerem półfinałowe starcie z Jimem Courierem. Prawy bark Krajicka przestał działać…
 
W kwietniu tegoż samego roku Richard „spakował” w Tokio Michaela Sticha i Stefana Edberga, aby w finale po zażartym boju ulec Courierowi. W sierpniu w mieście aniołów (Los Angeles) dotarł do finału i pokonał Marka Woodforde’a, późniejszego czarodzieja gry podwójnej. Znów kangur pojawił się na drodze Krajicka… Znakomite występy w sezonie 1992 (Richard miał wówczas zaledwie 21 lat) zaowocowały awansem do pierwszej dziesiątki rankingu. Holendrzy nie mieli singlisty w Top 10 na finiszu sezonu od czasów Toma Okkera w 1975 roku…  
 
Apetyt rósł, choć zdrowie nie dopisywało. W 1993 roku Krajicek oczarował paryżan awansując do półfinału Roland Garros (w drodze do finału przeszkodą nie do przeskoczenia okazał się… Jim Courier) Stan zapalny ścięgien był sygnałem alarmowym. Richard skarżył się na ból w obu kolanach. Na początku sezonu 1994 Krajicek długo odpoczywał. Wracał poprzez występy deblowe (portugalskie Estoril), aby stopniowo przyzwyczajać organizm do wzmożonego wysiłku. Każdemu warto życzyć takiego powrotu. W półfinale debla w Estoril Krajicek i partnerujący mu Menno Oosting pokonali takich fachowców jak Jewgienij Kafielnikow i Javier Sanchez… Przetarcie okazało się złotym pomysłem, bo już w czerwcu Krajicek wygrał swój pierwszy turniej na kortach trawiastych w holenderskim Rosmalen. 
 
A ponoć trawa nigdy mu nie leżała. „Marudził i zrzędził, gdy wychodził na trawiaste korty. Tłumaczyłem mu, że z takim serwisem i returnem, jego gra jest idealnie skrojona na trawiastą nawierzchnię. Nie przykładał się na treningach, kręciłem przecząco głową, a on łatwo wpadał w złość. Grał stylem serve & volley, a że był solidnym chłopiskiem (metr dziewięćdziesiąt sześć centymetrów), więc był wyjątkowo podatny na kontuzje. Przed Wimbledonem’96 chciał uciec ze swoją ukochaną w Alpy, ale postawiłem warunek: jeśli jedziesz do Austrii, aby się wspinać, ja odchodzę i nie chcę cię dłużej trenować… Zadzwonił po kilku dniach i powiedział, że chce wygrać Wimbledon, choć w to nie wierzy… Cały Richard. Nie lubił poruszać się po trawiastym dywanie, więc szykowaliśmy się do Wimbledonu trenując na kortach twardych, aby poprawić jego timing” – utyskuje z nieskrywaną satysfakcją w głosie Rohan Goetzke. 
 
W sierpniu 1995 roku Richard zostaje poddany prawdziwemu testowi. Dociera do finału turnieju w New Haven gromiąc uprzednio swojego rodaka, znakomitego deblistę Paula Haarhuisa, Niemca Borisa Beckera i Rosjanina Żenię Kafielnikowa – króla returnu z bekhendu. W finale rywalem Krajicka był numer 1 światowego rankingu – Andre Agassi. Pierwsza partia dla Holendra: 6-3. W drugim secie Richard prowadzi 5-3 i ma serwis. Machina wypluwająca kosmiczne serwisy zacina się… Agassi doprowadza do tiebreaka, wygrywa go 7-2, a w trzecim secie pokonuje Krajicka 6-3. Zabrakło zimnej krwi. Ranking Andre spętał nogi Holendrowi. Lecz z lekcji w New Haven wyciągnięto mądre wnioski…
 
Wimbledon’96. W wynajętym domku prysznic szwankował na całej linii, okien nie sposób było otworzyć, bo przed ważnymi meczami sąsiedzi urządzali sobie huczne przyjęcia, a Richard grał jak natchniony. Wiedział, że Pete Sampras – as trawiastych kortów – nie lubi z nim grać, więc nastawił się na zrywanie rytmu Amerykanina. Deszcz przybył w sukurs Holendrowi. Po przerwach na ulewę, Richard wychodził zrelaksowany na kort. „Osobliwy jegomość. Lubię pracować z dziwakami takimi jak Richard. On wolał kiedy mecz był przerywany przez opady deszczu. Pamiętam, że w marcu 2001 poddał się operacji łokcia. Odpoczywał od tenisa przez 20 miesięcy. Wrócił na kort w czerwcu na trawę w ‘s-Hertogenbosch z zamrożonym rankingiem (37), otrzymał dziką kartę i przegrał w pierwszej rundzie z Rogerem Federerem. Mimo to, przyjechaliśmy do Londynu pełni nadziei. W drugiej rundzie Wimbledonu, Richard pokonał Jamesa Blake’a w pięciu setach. Ledwo stał na nogach po tym pojedynku. W trzeciej rundzie jakby nigdy nic, Richard rozprawił się z trzech setach z Paradornem Srichaphanem… W czwartej rundzie Richard miał zagrać z Markiem Philippoussisem. Australijczyk znakomicie czuł się na trawie. Rok później dotarł do finału Wimbledonu. Mecz z Markiem zaplanowano na poniedziałek, a skończył się w środę o 21.11. Deszczowe szaleństwo… 4 godziny i 11 minut gry, nerwów zżerających mój żołądek… Richard nie miał już sił, aby na mnie spoglądać, ale w ćwierćfinale walczył jak lew i zmusił Xaviera Malisse do ogromnego wysiłku. Pięć setów: specjalność Richarda…” – kończy wspomnienie o Wimbledonie’2002 Rohan Goetzke. 
 
W 1996 roku Krajicek był w olśniewającej formie. W czwartej rundzie Wimbledonu rozprawił się w trzech setach z Michaelem Stichem, w ćwierćfinale w trzech partiach rozmontował Pete’a Samprasa, w półfinale przefrunął nad kangurem Jasonem Stoltenbergiem, a w finale nie oddał seta MaliVai Washingtonowi. Pierwszy Holender, który wygrał na świętej trawie w Londynie… Dwa lata później finał gry podwójnej Wimbledonu padł łupem rodaków Krajicka: Jacco Eltingh i Paul Haarhuis pokonali Australijczyków: Todda Woodbridge’a i Marka Woodforde’a. 
 
Krajicek został legendą, bo nimb świętości otacza wszystkich mistrzów Wimbledonu, ale Brytyjczycy do dziś wspominają jego bezkompromisową wypowiedź podczas turnieju w 1992 roku. Opiniotwórczy dziennik „The Guardian” żartował, że Richarda nawiedziły promienie słoneczne albo skosztował zbyt mało truskawek z gigantyczną porcją śmietany… Latem 1992 roku Richard wyznał reporterowi holenderskiego radia: „80% kobiet grających w turnieju wimbledońskim to leniwe i grube świnki, które nie powinny pojawiać się na kortach”. Następnego dnia Richard był już ździebko bardziej precyzyjny w swoich wyznaniach. „Powiedziałem, że 80 spośród 100 najwyżej notowanych tenisistek to tłuste świnki, ale trochę przesadziłem. Miałem na myśli 75% tenisistek z pierwszej setki rankingu WTA”. Odważny chłopak… Martina Navratilova, walcząca o równe płace dla pań i panów na Wielkim Szlemie, przestała z nim rozmawiać. Po czesku i po angielsku…
 
Roger wygrywa w deblu i w singlu
 
Tenisowy artysta rodem z Oxfordu – Tim Henman, nie miał szczęścia do turnieju w Rotterdamie. W 1999 roku Brytyjczyk, który posyłał boskie woleje przy sieci przegrał w finale z Kafielnikowem. W 2000 roku Henman znów dotarł do finału, ale uległ po trzysetowej batalii Francuzowi Cedricowi Pioline. W 2002 roku Henman po raz trzeci wylądował w finale turnieju w Rotterdamie i znów Francuz go skarcił. Tym razem Nicolas Escude… Jakby mało było rozczarowań, w finale debla w 2000 roku para: Henman – Kafielnikow przegrała z duetem z RPA: Davidem Adamsem i Johnem Laffnie de Jagerem… Koszmar…
 
Zgoła odmienne wspomnienia z Rotterdamu posiada Roger Federer. Szwajcar wygrał finał debla w 2001 roku grając w parze ze Szwedem Jonasem Bjorkmanem, choć rywale z Czech byli wyborni: Petr Pala – Pavel Vizner. Rok później Federer stworzył w Rotterdamie duet z „Bestią” Maxem Mirnym. W ćwierćfinale pokonali Palę i Viznera, a w finale znakomitych deblistów: Mark Knowles (Bahama) – Daniel Nestor (Kanada). W 2003 roku Federer i Białorusin Mirny znów zderzyli się z czeskim vlaczkiem motoraczkiem. W półfinale pokonali Martina Damma i Cyrila Suka, ale w finale doznali porażki. Pogromcami byli Australijczycy: Wayne Arthurs – Paul Hanley. Trzy występy Szwajcara w deblu i imponujący bilans: dwa wygrane turnieje i jeden przegrany finał…
 
Federer błyszczał, co naturalne, również w singlu. W 2001 roku przegrał w finale z Nicolas Escude, a rok później tenże sam Francuz przećwiczył wirtuoza rakiety z Bazylei. Roger czekał na pierwszy skalp z Rotterdamu do 2005 roku. Wówczas w finale pokonał Chorwata Ivana Ljubicicia, który aktualnie pełni obowiązki drugiego trenera Rogera… Siedem lat później Federer pokonał w finale Argentyńczyka Juana Martina del Potro, a więc posiada w kolekcji cztery korony z Rotterdamu (dwie z gry pojedynczej i dwie z podwójnej). Poprzedni występ Rogera w Rotterdamie miał miejsce przed pięcioma laty. W 2013 roku Federer przegrał w ćwierćfinale z Julienem Benneteau.
Krajicek cieszy się, że Szwajcar poczuł zew krwi i pojawi się w 2018 roku w Rotterdamie. Federer doskonale wie, że Rafa Nadal wraca na korty dopiero pod koniec lutego (Hiszpan zapowiedział start w meksykańskim Acapulco), więc okazja, aby zdetronizować Hiszpana w rankingu jest wyborna. Federer musi awansować do półfinału jeśli marzy o tym, aby powrócić na tron w rankingu ATP w poniedziałkowy poranek 19 lutego…    
 
Kliżko – leworęczny artysta
 
Życie zawodowego tenisisty jest okrutne. Leworęczny czarodziej z Bratysławy – Martin Kliżan był już piekielnie wysoko zawieszony w rankingu, niemalże wspiął się na Gerlachovsky śtit w Vysokich Tatrach, a tu zdrówko zadrwiło ze Słowaka i czas, aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę przez Velicką Dolinę… 27 kwietnia 2015 roku Kliżan był 24 graczem globu. Wspaniałe osiągnięcie, kapelusze z głów, a langosz i kapustova polievka na stół jak rzekliby prastarzy Słowacy...
W 2016 roku Kliżan grał porywająco w Rotterdamie. Gael Monfils był pełen uznania dla Słowaka, który zagrał jeden z najlepszych pojedynków w karierze. Gael przegrał w finale, ale wymiany jakie miały miejsce w tym pojedynku byłyby ozdobą niejednego Wielkiego Szlema. W tymże samym roku Kliżan wygrał finał debla w chorwackim Umagu w parze z Hiszpanem Davidem Marrero. Szalenie uzdolniony tenisista o niewyparzonym języku, ale przy tym gustującym w bardzo ujmującym i sarkastycznym tonie. 
Nie dalej jak pięć lat temu, Kliżan osładzał uszy kuracjuszom, którzy przybyli do słowackiego uzdrowiska Rajecke Teplice. Pani doktor posyłająca schorowanych emerytów i rencistów do łaźni odmieniającej ich żywot choćby na 10 sekund, aż dołożyła decybeli, gdy usłyszała, że gościem popularnego programu w słowackim radio będzie Martin Kliżan! 
 
Moc zodiakalnego Raka działa nawet w sennym górskim miasteczku… Pani kwiaciarka przestała upinać róże i storczyki, a kelnerka zastygła z dzbankiem do kawy. Kliżko to gwiazda na Slovensku! Pani redaktor grzecznie przywitała się z Martinem na antenie, po czym zapytała go: kto to właściwie jest ten Tsonga, którego pokonałeś podczas US Open’2012? Na co Kliżan, jakby mając świadomość, że nie słuchają go tylko trenerzy tenisa, jeno fryzjerka, masażystka oraz pani doktor splątana myślami z kwiaciarką i kelnerką, odparł: „Tsonga to taki weekendowy Mulat”. Pani redaktor aż westchnęła, chwilkę milczała, aż wyszeptała: „tego nie wiedziałam, vikendovy Mulat, a to ci dopiero…”. Kliżan to błyskotliwy rozmówca. W jednym zdaniu wytłumaczył szarym zjadaczom chleba, że Tsonga jest atrakcyjny i egzotyczny dla bywalczyń dyskotek na Słowacji, bo ma inny kolor skóry. Martin chciał uszczypnąć Słowaczki, że preferują obcość i odmienność, zamiast tulić się do motorniczego trolejbusa w Żilinie, ewentualnie taksówkarza z Rużomberoka… 
 
Kliżan wycierpiał u chirurgów, przepędził z szatni tych, którzy chcieli go przekupić, aby oddał mecz z Wawrinką, donosił na krętaczy, ale choć to prawy i szczery człowiek, życie go nie oszczędza. Przewlekłe kontuzje kolan i nadgarstka sprawiły, że Martin okupuje 147 miejsce w rankingu. Nie załamał się na szczęście i zagrał rewelacyjnie w eliminacjach do turnieju głównego w Rotterdamie. W pierwszej rundzie Kliżan trafił na szalenie zdolnego Greka, urodzonego tego samego dnia i miesiąca co Pete Sampras, Stefanosa Tsitsipasa. Trzy mordercze sety: 2-6, 7-6, 7-6. Horror. Tsitsipas był rozstawiony z piątką w kwalifikacjach. Kolejna przeszkoda na drodze Kliżana… Wyśmienity Włoch: Andreas Seppi, rozstawiony z czwórką w eliminacjach. 6-3, 7-6 dla Słowaka i w nagrodę Martin zagra w turnieju głównym. Z innym leworęcznym tenisistą: Hiszpanem Feliciano Lopezem. Zaiste, będzie to przepyszne widowisko… 
 
A weekendowy Mulat? Nie obroni tytułu, bo w półfinale turnieju w Montpellier Tsonga przegrał z kontuzją… Szkoda, bo byłby ozdobą turnieju… Polska ma dwóch reprezentantów w Rotterdamie. Łukasz Kubot w duecie z Marcelo Melo są najwyżej rozstawieni w turnieju deblowym. Z kolei Marcin Matkowski zagra w parze z tenisistą z Pakistanu: Aisamem-Ul-Haq-Qureshim. Wprost roi się od znakomitych par deblowych w Rotterdamie, ale radzę zwrócić uwagę na bardzo groźną parę gospodarzy: Robin Haase – Matwe Middelkoop. W niedzielę 11 lutego Holendrzy w wielkim stylu wygrali finał debla w Sofii. A tradycje deblowe wśród tulipanów są przebogate… 
 
Tenis zdumiewa swoją uroczą mgiełką sensacyjnych rozstrzygnięć. Jak piękny jest poranek kiedy w finale singla w Sofii grają dwaj kapitalni wojownicy: Bośniak Mirza Basić i Rumun Marius Copil. Jeszcze w lutym 2015 roku Mirza Basić przebijał się przez eliminacje challengera Wrocław Open i dotarł do finału, a teraz wygrywa turniej rangi 250! Cudownie… Z kolei Rumun zwany Brzdącem – Marius Copil, bujał się po bocznych kortach challengera w Bratysławie, a teraz zagrał w finale w Sofii i pojawi się w Rotterdamie w turnieju głównym… I jak tu nie kochać tenisa?
 
Transmisje ATP w Rotterdamie od poniedziałku na sportowych antenach Polsatu. Pierwszego dnia turnieju głównego między innymi starcie Alexander Zwieriew - David Ferrer.