Przemysław Iwańczyk: Ostatnie nagłówki z prasy bulwarowej na temat polskich sportowców w Pjongczang: „polska nędza”, „zapomniał maski”, „narzekała na zimno”. Czy sportowcy, z którymi współpracuje Pani przed igrzyskami olimpijskimi, odczuwają presję? Czy nie przywiązują wagi do takich komentarzy?

 

Beata Mieńkowska: Odczuwają wielką presję. Igrzyska olimpijskie to zawody wzbudzające ogromne emocje. Te emocje płyną z wnętrza każdego zawodnika, ponieważ przygotowywał się do nich nie tylko ostatnie cztery lata. Zwykle jest to cykl ośmio-, a czasami dwunastoletni lub dłuższy. Presja wewnętrzna spotyka się z presją zewnętrzną, czyli oceną. Sportowcy odbierają opinie ludzkie jako oceny. Subiektywne, ale oceny, zwykle krzywdzące. Nie chce powiedzieć, że nie ma ludzi wspierających sportowców, ale w czasie igrzysk oczekiwania są tak wielkie, że na zawodników spada ogromna fala krytyki. Mam wrażenie, że w tej chwili tak się dzieje. Ale Igrzyska w Pjongczang jeszcze się nie skończyły.

 

Ale ta krytyka kierowana jest pod adresem sportowców, na których podczas olimpiady mało kto liczy. Są to ludzie, którzy nie należą do światowej czołówki. Jadą na igrzyska, ponieważ zdobyli kwalifikacje. Nikt jednak nie oczekuje od nich medalu. No może poza kibicami interesującymi się sportem od święta i niektórymi dziennikarzami, którzy potrafią poniżyć każdego.

 

Byłby to z mojej strony błąd w sztuce, gdybym jako terapeuta i psycholog sportu powiedziała, że nie liczę na kogoś na igrzyskach. Sportowiec jedzie tam, aby wystartować jak najlepiej. To nie znaczy, że mamy oczekiwać medali od ludzi, którzy jadą na igrzyska po raz pierwszy. Wszyscy chcemy tych medali. Nie ma sportowca , który jedzie po to, aby przegrać. Oni jadą, aby wygrać. Cykl olimpijski wymaga ogromnych wyrzeczeń. Sportowcy, którzy zdobyli kwalifikację olimpijską zasłużyli na to, aby podkreślać ich konsekwentną pracę i wielkie serce w to włożone.

 

Nie ma Pani poczucia dysonansu związanego z igrzyskami? Im bardziej są one przesycone marketingiem i wielkimi pieniędzmi, tym mniej w niej idei. Co z ideą coubertinowską? Dla sportowców ważny powinien być sam udział w igrzyskach, a wyniki pozostawać sprawą drugoplanową. Jeśli spojrzymy na Zimowe Igrzyska w Pjonczangu znajdziemy tam wielu sportowców, o których można by napisać fantastyczne historie. A jednak pomijamy burzliwe losy tych, którzy zrobili wiele, by w sporcie w ogóle się znaleźć.

 

Momentami mam takie wrażenie, że idea barona de Coubertina się rozmywa. Ale tylko trochę, ponieważ dalej start w igrzyskach jest ogromnym wyróżnieniem. Wielu medalistów igrzysk olimpijskich oraz tych, którzy zdobyli kwalifikacje olimpijskie, po zakończeniu kariery krzewi tę ideę. Igrzyska są potrzebne, bo można wydobyć z nich to, co w ogóle w życiu piękne i co powinniśmy szanować. Pracę, dzięki której możemy dojść do sukcesów. Niekoniecznie utożsamianych ze splendorem i sławą, ale właśnie z pracą, pasją i pokorą.

 

Czy jest algorytm, który może wyznaczyć, jakim procentem sukcesu sportowca jest przygotowanie mentalne, a ile to sportowe? Zakładam, że wszyscy ci, którzy jadą na igrzyska i mają aspiracje medalowe, są przygotowani w podobnym stopniu. Różnicować ich będą zatem inne czynniki.

 

Przygotowanie mentalne jest coraz ważniejsze. Sportowcy poddawani byli presji także kiedy towarzyszyłam im po raz pierwszy podczas igrzysk w 1992 roku w Barcelonie. Ale ta presja manifestowała się inaczej. Z każdym czteroleciem jest trochę trudniej, ale sportowcy dalej sobie radzą.

 

Ale różnica między Igrzyskami w Barcelonie i tymi obecnie jest taka, że wówczas łatwiejsze było wyłączenie bodźców zewnętrznych. Sportowcy nie mieli telefonów komórkowych czy dostępu do Internetu. Jedyne z czym się zmagali to oczekiwania trenera i aura igrzysk.

 

Zgadzam się. Pamiętam jednak, że wielu sportowców z tamtego czasu i kolejnych lat miało kontakt ze światem, dziennikarzami, rodzinami. Zmieniło się jednak coś innego. Mamy tak wiele informacji do przetworzenia, że nie jesteśmy w stanie ich już przetwarzać. Umiejętności oddzielania rzeczy ważnych od ważniejszych należy właśnie do treningu mentalnego. Na igrzyska jadą ludzie wybitni.  Powiedziałabym, że przygotowanie mentalne to przynajmniej połowa sukcesu. Szczególnie w okresie bezpośrednio przygotowania do igrzysk. W  tak zwanym okresie „Bezpośredniego Przygotowania Startowego” myślimy głównie o przygotowaniu fizycznym. Tyle samo czasu jednak potrzebujemy na ten „BPS psychiczny”.

 

Czy trening mentalny należy włączyć w ostatniej fazie przygotowań do zawodów? Czy jest on elementem stałym, równoległym do treningu fizycznego?

 

Trening mentalny powinien zostać podjęty w okresie roztrenowania, czyli wtedy kiedy zawodnik przygotowuje się do kolejnego sezonu lub kolejnego etapu przygotowań do igrzysk. Nie wolno wprowadzać nowych metod bezpośrednio przed igrzyskami, a już na pewno nie bezpośrednio przed startem.

 

Czy do sportowca można porównać do ucznia w szkole? Ten, który jest przygotowany do lekcji, denerwuje się mniej. Sportowiec, który realizował sumiennie wszystkie jednostki treningowe, jest pewny siebie i łatwiej radzi sobie ze stresem.

 

Na pewno realizacja treningu ułożonego przez trenera lub zespół, który prowadzi zawodnika pozwala wzmocnić jego pewność siebie. Pewność siebie jest jednak dość często źle rozumiana. Mówiąc językiem badaczy tego zjawiska jest to elastyczność, odwaga, preferowanie trudnych zadań. Elastyczność w sytuacji, w której sportowiec potrafi odpuścić, aby podjąć kolejną walkę. Choćby taką, jaka czeka naszych skoczków narciarskich w rywalizacji drużynowej. Walczyli, ale musieli się poddać, aby kolejny raz zaatakować. To wielka sztuka.

 

Na igrzyskach olimpijskich startują nie tylko dorośli, ale także młodzież, a nawet dzieci. Wystarczy spojrzeć na takie dyscypliny jak łyżwiarstwo figurowe podczas zmagań zimowych czy gimnastyka podczas letnich. Spotkałem się z opinią uznanych trenerów, którzy twierdzili, że włączanie do procesu przygotowań psychologów zakłóca prawidłowy rozwój tak młodego zawodnika. Czy jest jakaś cezura wiekowa, w której psycholog powinien podjąć pracę ze sportowcem?

 

Nie wydaje mi się, aby był taki wiek. Dziecko rozwija się i kształtuje swój temperament do około piętnastego roku życia. Ale wspomniał Pan o dyscyplinach wczesnego rozwoju, w których dzieci rozpoczynają treningi w wieku kilku lat. Nawet wtedy praca z psychologiem nie jest wykluczona. Stosuje się jednak inne narzędzia. Można takich zawodników uczyć przez zabawę, towarzyszyć z drugiego planu. Nie wydaje mi się, aby miało to zakłócać proces szkolenia sportowego. Rodzice mają kłopot z „ogarnięciem” rzeczywistości szkolnej czy sportowej. Dzieci trenują, a my nie mamy pojęcia o sporcie. Praca w triadzie dziecko – rodzic – trener jest potrzebna, także jeśli jest to dziecko kilkuletnie.

 

Czego od strony wsparcia mentalnego potrzebuje sportowiec przed wyjazdem na tak wielką imprezę jak igrzyska olimpijskie?

 

W trakcie samych igrzysk potrzebuje spokoju i wsparcia. Ale także poczucia, że jeśli będzie miał taką potrzebę, psycholog znajdzie chwilę na spotkanie z nim. Chwilę, ponieważ w olimpijskiej misji medycznej jeden psycholog przypada na kilkadziesiąt osób podczas zimowych igrzysk oraz na kilkaset podczas letnich. To czasami utrudnia, ale podobnie jest w innych reprezentacjach. Wielokrotnie podczas mojej pracy spotkałam się z interwencjami kryzysowymi.

 

A z jakimi problemami sportowcy przychodzą do psychologa? Brak wiary we własne możliwości? Obawa przed publicznym występem lub napiętnowaniem, gdyby ten występ nie wyszedł? Obawa przed rywalem? Pytam o pracę, którą może wykonać psycholog przed igrzyskami, ale także podczas nich.

 

Jeśli pracuję ze sportowcem, który zgłasza się do mnie w odpowiednim czasie, czyli co najmniej trzy miesiące przed rozpoczęciem igrzysk, a najlepiej na początku cyklu przygotowującego do igrzysk, to najczęściej spotykam się z brakiem umiejętności stworzenia sobie procedur porządkujących rzeczywistość. Sportowiec, która ma rozszerzone pole uwagi, potrzebuje procedur startowych, które nauczą go zawężania i poszerzania tego pola. To także prawidłowe formułowanie celów, pozytywny dialog wewnętrzny czy rozwiązywanie sytuacji, które zdarzają się w codziennym życiu sportowca. Utrata kogoś, gorsze relacje z inną osobą albo poczucie, że świat nas nie lubi. Pamiętajmy, że sportowiec jest człowiekiem.

 

Przypominam sobie spotkanie z prof. Janem Blecharzem, wybitnym psychologiem sportu, który tłumaczył mojemu 11-letniemu synowi zależność świata zewnętrznego i sportowego. Porównał ją do sałatki, gdzie to co zielone odpowiadało światu zewnętrznemu, a to co czerwone światu sportowemu. Kiedy wszystko się wymiesza, to nie ma sensu. Kiedy jednak odzieli się te elementy, to zapanowuje ład. To dotyczy także dorosłych sportowców?

 

Oczywiście, to właśnie próba porządkowania rzeczywistości, a właściwie pomoc w jej porządkowaniu.

 

Czy sportowiec wracający z igrzysk powinien umiejętnie skonsumować swój sukces, tak aby stał się on fundamentem pod kolejne występy? Czy nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ po sukcesie następuje reset i rozpoczęcie pracy od nowa?

 

Bardzo ważne pytanie. Sportowiec, który wraca z igrzysk powinien odpocząć, jak Pan powiedział, zresetować się. Jego ciało jest przestymulowane i przemotywowane. Pierwszy krok to odpoczynek. Nie tylko od wysiłku fizycznego, ale także od kontaktów z mediami czy czerpanie radości z obcowania z rodziną. Nazwałaby to poddaniem się. Ale nie fali sukcesu, ale właśnie mądremu odpoczynkowi. Dopiero później powinna być  radość ze zdobycia medalu czy pobicia swojego rekordu życiowego. Ale przede wszystkim mądre, spokojne wnioski.

 

Ma Pani doświadczenie wyniesione z wielu igrzysk olimpijskich… Którego ze sportowców wskazałby Pani jako modelowy przykład radzenia sobie z presją?

 

Nie mogę opowiadać o szczegółach mojej pracy ze sportowcami. Ale muszę wymienić nazwisko Otylii Jędrzejczak. To zawodniczka, z którą pracowałam wiele lat przed zdobyciem przez nią medali olimpijskich, mistrzostw Europy i świata. Dość długo odchodziło z czynnego sportu, co było poddawane krytyce. To zawodniczka, która potrafiła „ogarnąć” swoje życie, zostać szczęśliwą matką, ale, co równie ważne, po zakończeniu kariery propagować sport w Polsce i na świecie.

 

Czy jako osoba pracująca ze sportowcami patrzy Pani na zmagania podczas Zimowych Igrzyskach w Pjongczangu  inaczej niż przeciętny kibic?

 

Nie wiem, czy obserwuję te zmagania inaczej. Sama trenowałam wyczynowo. Grałam na poziomie kadry narodowej w siatkówkę. Być może to czyni różnicę w postrzeganiu tych zmagań. Wiem, jak wiele pracy trzeba włożyć w sport. Denerwuje się oglądając relacje z Pjongczangu, ale moja wiara nigdy nie umiera.