"Do obsługi procesu szkolenia na światowym poziomie potrzeba odpowiednich fachowców z różnych dziedzin. To nie tylko trener, jego asystent, instruktor, serwisant, fizjoterapeuta czy psycholog, to także zespół medyczny i zaplecze naukowo-metodyczne, kontrolujące i analizujące na bieżąco ten proces" - powiedział PAP Wieczorek.

Zaznaczył przy tym, że nie mogą to być osoby z doskoku, zatrudnione w formie umowy-zlecenia, traktujące tę pracę jako dodatkowe zajęcie czy dorobienie do zasadniczej pensji, chociażby wykonywali ją z ogromnym zaangażowaniem i oddaniem.

"Dziś być w sporcie, to być co najmniej 200 dni w roku poza domem, poza rodziną, na zgrupowaniach krajowych i zagranicznych oraz zawodach" - zwrócił uwagę na ten element sekretarz generalny PZN, stawiając pytanie: "kto może sobie na to pozwolić?"

W maju 2015 roku PZN zatrudnił Miroslava Petraska. Wcześniej, przez 15 lat czeski szkoleniowiec pracował we własnym kraju. W tym czasie Czesi wywalczyli trzy medale olimpijskie i pięć mistrzostw świata. Choć umowę podpisano do końca sezonu 2017/18, to na stanowisku wytrwał niespełna rok.

"Wszyscy byliśmy zadowoleni ze współpracy z Petraskiem, a wykonana z nim ciężka praca zaprocentowała w kolejnym sezonie, który był super" - wspomniał Staręga, ósmy zawodnik sprintu w mistrzostwach globu w 2017 roku w Lahti.

Wieczorek także wysoko ocenił fachowość czeskiego szkoleniowca i przyznał, że optował za tym, aby Petrasek dalej pracował z kadrą.

"Chociaż środa popielcowa już minęła, to głowę posypuję popiołem, bowiem dałem się przekonać, że nie stać związku na takiego fachowca. A trzeba wiedzieć, że rozmowy z takimi osobami o wynagrodzeniu zaczynają się od trzech tysięcy euro za miesiąc. To jest minimum. Gdybyśmy mieli do ogarnięcia tylko konkurencje narciarskie, to być może wystarczyłyby środki jakie dziś mamy" - powiedział sekretarz generalny PZN.

Jak wyliczył, związek zajmuje się kilkunastoma grupami w sześciu podstawowych konkurencjach, zaś w snowboardzie, który wszedł do PZN po igrzyskach w Soczi w 2014 roku, są "deskarze" alpejscy, crossowi i slopestyle'owi, a "do drzwi pukają" jeszcze pasjonaci skoków i ewolucji (Big Air oraz halfpipe).

"W Polskim Związku Narciarskim jesteśmy na końcu. Do Czechów nawet nie mamy się co porównywać" - oceniła w piątek 20. w olimpijskim snowcrossie Zuzanna Smykała.

Wieczorek nie podzielił opinii "na końcu", zwracając uwagę, że snowboard wyrasta na drugą siłę sportową w związku. Przypomniał również, że "po wejściu w życie znowelizowanej ustawy o sporcie musieliśmy przyjąć zawodników z Polskiego Związku Snowboardu, aby mogli startować w igrzyskach, mistrzostwach globu czy Pucharach Świata, gdyż ta dyscyplina jest w FIS-ie. Natomiast jedynym reprezentantem naszego kraju w tej organizacji jest PZN. W ślad za tym nie poszły jednak większe środki. W 2002 roku związek snowboardu miał na szkolenie trzy miliony złotych, a gdy trafił do nas - tylko połowę tego".

Wyjaśnił przy tym, że w ostatnich latach przybyło w Polsce związków sportowych, które także mają prawo ubiegać się o wsparcie swej działalność ze strony ministerstwa. Natomiast resort nie otrzymuje z budżetu państwa aż tak zwiększonych środków, aby mógł sprostać potrzebom wszystkich.

"Nie liczymy tylko na ministerstwo, staramy się o sponsorów. W tym sezonie po raz pierwszy takimi środkami wzmocniliśmy grupy snowboardu" - podkreślił Wieczorek.

Przyznał też, że zgadza się z opinią Staręgi, że "trzeba wspólnie usiąść i coś stworzyć, bo jeżeli dalej będziemy pracować bez określonych celów, nie wiadomo nad czym, będzie to trochę bez sensu".

"Miałbym życzenie, żeby to wszystko wyglądało bardziej profesjonalnie. Żeby niektórzy ludzie wkładali w przygotowania tyle pracy, ile ja serca w trening. Zaprezentowałem się dziś (16 lutego) tragicznie, ale ja naprawdę nie leżałem cały rok na kanapie. Poświęcam temu całe swoje życie i dlatego mnie to boli" - wyrzucił z siebie 28-letni narciarz UKS Rawa Siedlce.