Te igrzyska są trochę, ale tylko trochę podobne, jeśli chodzi o oczekiwania do igrzysk w Vancouver. Tam obok Adama Małysza, który zdobył dwa srebrne medale liczono na sukcesy Justyny Kowalczyk, wielkiej gwiazdy biegów narciarskich i te sukcesy były. Kowalczyk wróciła z Kanady z trzema medalami, złotym, srebrnym i brązowym. Ten finisz, gdy wygrywała z Marit Bjoergen na 30 km stylem klasycznym zostanie w mojej pamięci na zawsze.

 

Ale wtedy była też miła niespodzianka, brązowy medal naszych pań w łyżwiarstwie szybkim. Cztery lata później w Soczi spisały się jeszcze lepiej, zdobyły srebrny.

 

Myślę, że na takie igrzyska  jak te w Rosji będziemy długo czekać. Złoty medal Zbigniewa Bródki, brązowy męskiej sztafety, kolejne złoto Justyny Kowalczyk i dwa zwycięstwa Kamila Stocha mocno zamąciły nam w głowie. Odezwały się nieuzasadnione, mocarstwowe ambicje, a przecież był to wynik ponad stan, co widać wyraźnie w Pjongczangu.

 

Nie odbieram Justynie Kowalczyk szans w biegu na 30 km stylem klasycznym kończącym igrzyska w Korei Południowej, ale jeśli stanie na podium będzie to jeszcze jeden dowód jej wielkości i hartu ducha. Byłby to piękny prezent na pożegnanie z Pjongczangiem, ale lepiej się na taki scenariusz nie nastawiać, bo może być rozczarowanie.

 

Tak naprawdę na tych igrzyskach realne były tylko medale skoczków. Kamila Stocha, lidera Pucharu Świata, wymieniali w gronie faworytów wszyscy liczący się eksperci, nasza drużyna też była żelaznym kandydatem do podium.

 

I skoczkowie prowadzeni przez znakomitego fachowca, jakim bez wątpienia jest Austriak Stefan Horngacher, nie zawiedli. Stoch jako trzeci skoczek w historii obronił tytuł wywalczony na dużej skoczni dołączając do legendarnych, Norwega Birgera Ruuda i Fina Matti Nykaenena. Na koniec Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Stoch zrobili to, co do nich należało wskakując na podium w konkursie drużynowym. Ich brązowy medal jest pierwszym, historycznym dla polskich skoków medalem olimpijskim w tej konkurencji.

 

Ale na kolejnych igrzyskach młodsi nie będą. Niespełna 31 letni Stoch został przecież  najstarszym mistrzem na dużej skoczni. Nieco młodsi są Kot i Kubacki, Hula jest rok starszy, a cztery lata to szmat czasu. Wciąż nie wiemy też, czy Horngacher przedłuży kontrakt.

 

Dlatego tak ważne jest zaplecze, ci którzy w niedalekiej przyszłości zastąpią mistrzów. Mamy Jakuba Wolnego, jest Tomek Pilch, młodziutki kuzyn Adama Małysza, jest nieco starszy, ale wciąż niespełniony Klemens Murańka czy Olek Zniszczoł, lecz te zasoby nie są zbyt bogate.

 

Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego, jest spokojny o przyszłość, ale to urodzony optymista. Nie brakuje jednak tych, którzy widzą zagrożenia. Warto o nich mówić już teraz, aby im  zapobiec, gdy nie będzie za późno. Skoki narciarskie to specyficzna dyscyplina, tu w przepaść spada się szybko i nieoczekiwanie.

 

A bez nich obraz polskiego, zimowego sportu byłby w Pjongczangu po prostu szary.