Bjoergen była bohaterką ostatniej konkurencji igrzysk, triumfując z ogromną przewagą nad rywalkami w biegu narciarskim na 30 km techniką klasyczną. Ta wygrana zapewniła Norwegii pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. Skandynawowie zdobyli najwięcej w historii zimowych igrzysk medali, aż 39: 14 złotych, 14 srebrnych i 11 brązowych. Łącznie o dwa krążki więcej niż dotychczasowi rekordziści - Amerykanie w Vancouver w 2010 roku.

Norwegowie musieli jednak do końca walczyć o pierwszą lokatę w tej klasyfikacji, ponieważ cztery godziny wcześniej 14. złoty medal dla Niemiec zdobyli bobsleiści w konkurencji czwórek. Ostatecznie reprezentacja Niemiec, dopiero szósta w tabeli medalowej cztery lata temu w Soczi, zakończyła igrzyska z dorobkiem 14 złotych, 10 srebrnych i 7 brązowych krążków. Na trzeciej pozycji znalazła się Kanada: 11 złotych, 8 srebrnych i 10 brązowych.

"To były moje ostatnie igrzyska i zakończenie ich w taki sposób to coś niewyobrażalnego" - oświadczyła Bjoergen. Swój 15. medal olimpijski w karierze, a ósmy złoty, odebrała z rąk szefa MKOl Thomasa Bacha podczas ceremonii zakończenia igrzysk. 37-letnia Norweżka stała się w ten sposób najbardziej utytułowanym sportowcem w historii zimowych igrzysk, wyprzedzając swoich rodaków - biathlonistę Ole Einara Bjoerndalena i narciarza Bjoerna Daehliego. W samym Pjongczangu zdobyła pięć krążków. Nikt inny nie stawał na podium tyle razy.

"Po raz ostatni startowałem w igrzyskach" - deklarował także francuski biathlonista Martin Fourcade. On oraz norweski narciarz Johannes Klaebo jako jedyni zdobyli w Pjongczangu trzy złote medale.

Kibice nie obejrzą już na olimpijskich trasach Lindsey Vonn. Amerykanka, która bije rekordy zwycięstw w alpejskim Pucharze Świata, w Pjongczangu wywalczyła tylko brąz w zjeździe. Prawdopodobnie były to także ostatnie igrzyska, i najmniej udane, dla Justyny Kowalczyk. 35-letnia multimedalistka olimpijska (pięć medali, w tym dwa złote) nie zdecydowała się jednak na jasną deklarację. "Nie mam precyzyjnych planów" - powiedziała w niedzielę po biegu na 30 km, w którym zajęła 14. miejsce.

Oprócz Bjorgen, Fourcade'a i Klaebo gwiazdą igrzysk była Ester Ledecka. Dokonała niezwykłego czynu, zwyciężając na nartach w supergigancie i na snowboardzie w slalomie gigancie równoległym. 22-letnia Czeszka jest pierwszym sportowcem od 1928 roku, który na jednych igrzyskach triumfował w dwóch różnych dyscyplinach.

Polacy opuszczają Pjongczang z dwoma medalami: złotym Kamila Stocha na dużej skoczni oraz brązowym drużyny skoczków. Stoch i Stefan Hula byli blisko podium także na skoczni normalnej, plasując się na czwartym i piątym miejscu. Monika Hojnisz była szósta w biegu biathlonowym na 15 km. W sztafecie biathlonistki stoczyły pasjonującą walkę, prowadząc przed ostatnią zmianą, ale linię mety Weronika Nowakowska minęła na siódmej pozycji. Inni Polacy zajmowali odległe lokaty. Bilans startu całej ekipy jest znacznie gorszy niż w Vancouver i w Soczi, gdzie biało-czerwoni zdobyli po sześć medali.

"Osobiście uważam, że minimum jest spełnione. Zawodnicy nie skompromitowali naszego kraju, nie skompromitowali siebie. Wiem, że dali z siebie wszystko, a że my oczekiwaliśmy więcej, to już inna sprawa" - ocenił prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki. W Pjongczangu startowała największa w historii zimowych igrzysk 62-osobowa reprezentacja Polski.

Podczas zawodów zanotowano cztery przypadki dopingu. Najgłośniejszy dotyczył Rosjanina Aleksandra Kruszelnickiego, który razem z żoną Anastazją Bryzgałową w rywalizacji par mieszanych w curlingu zdobył brązowy medal. Krążek został im odebrany, po tym jak u sportowca wykryto niedozwoloną substancję meldonium. Przypadki Kruszelnickiego i jego rodaczki, bobsleistki Nadieżdy Siergiejewej mogą okazać się brzemienne w skutkach. Rosjanie są bowiem "na cenzurowanym" w związku z zarzucanym im wielokrotnym łamaniem przepisów antydopingowych podczas igrzysk w Soczi. To właśnie z tego powodu w Korei Południowej startowali pod flagą olimpijską, a wielu z nich w ogóle nie dostało zgody na udział.

Perfekcyjną organizację imprezy w Korei Południowej docenił przewodniczący MKOl Thomas Bach. "Na tych igrzyskach po raz pierwszy rozegrano konkurencje popularne wśród młodego pokolenia. Technologia cyfrowa umożliwiła większej liczbie ludzi śledzenie wydarzeń na arenach olimpijskich. Uczestniczyła rekordowa liczba krajów. Dlatego z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że były to igrzyska nowych horyzontów. Dziękuję, Pjongczang" - mówił podczas ceremonii zamknięcia.

Szef MKOl podziękował też prezydentowi Korei Południowej Mun Dze Inowi za "zapewnienie sukcesu igrzysk pod każdym względem".

Odbywające się pod hasłem "Igrzysk Pokoju" zawody spowodowały ocieplenie relacji między dwoma państwami koreańskimi i gesty, których trudno było oczekiwać jeszcze kilka tygodni temu. Na uroczystość otwarcia do Pjongczangu przyleciała siostra północnokoreańskiego dyktatora Kim Dzong Una - Kim Jo Dzong. To pierwsza przedstawicielka panującej dynastii Kimów, która odwiedziła południowego sąsiada od zakończenia wojny koreańskiej w 1953 roku. Razem z prezydentem Mun Dze Inem oglądała m.in. mecz reprezentacji hokejowej Korei, w której razem występowały zawodniczki z Północy i Południa, a na trybunach drużynę dopingowały północnokoreańskie czirliderki. Na zamknięciu był z kolei obecny generał Kim Jong Czol, były szef wywiadu KRLD, a obecnie wicesekretarz Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei.

Kolejne zimowe igrzyska odbędą się za cztery lata również na Dalekim Wschodzie, w Pekinie.