Ale nie tylko my popełniamy błędy. Zrobiła to także UEFA. Tyle, że szybko je naprawiła. Reforma "Platiniego", która miała ułatwić drogę mistrzom ze słabszych piłkarsko krajów, by i one mogły posmakować prestiżu Champions League i zasiąść z bogaczami także do finansowego tortu, nie zdała egzaminu. Już wiadomo, że do sezonu 2018/19 fazy grupowej Ligi Mistrzów, (który wraz z Ligą Europy pokażemy na sportowych antenach Polsatu) Bułgarom, Słowakom, Węgrom czy Serbom zakwalifikować się będzie jeszcze trudniej. Dotyczy to także najlepszego zespołu naszej Ekstraklasy. W domyśle Jagiellonii Białystok, Legii Warszawa czy Lecha Poznań. Bo Górnikowi Zabrze, w mojej opinii, została już tylko walka o czwarte miejsce i krajowy Puchar.

 

Byłemu boiskowemu koledze Zbigniewa Bońka i ex-szefowi Europejskiej Federacji Piłkarskiej i tak trzeba podziękować. Polskie kluby od sezonu 2009/2010 miały dziewięć szans na fazę grupową. Bo UEFA zgodnie z ideą Michela Platiniego przyznała: 22 miejsca zespołom z piętnastu najmocniejszych rankingowo; o pozostałe 10 miejsc walczyli w dwóch oddzielnych grupach (mistrzowskiej): mistrzowie słabszych federacji oraz (niemistrzowskiej) kluby z drugich, trzecich i czwartych miejsc lig czołówki. Chodziło o to, by zdobywca tytułu np. z Polski nie trafiał na brązowego medalistę z Włoch czy czwarty zespół angielskiej Premier League. Co z tego wyszło?

 

Polskim ekipom awansować udało się w tym czasie tylko raz! W roku 2016, głównie dzięki szczęśliwemu losowaniu rundy play off (pół-amatorskie FC Dundalk z Irlandii) gorzki smak grupy poczuła Legia Warszawa. W pozostałych przypadkach drzwi klubowi ze stolicy zamykały: kazachska Astana, rumuńska Steaua i szkocki Celtic - przez … proceduralny błąd i tzw. "aferę Bereszyńskiego". Lech Poznań poległ ze szwajcarską Bazyleą oraz czeską Spartą Praga, Wisła z cypryjskim Apoelem Nikozja i estońską Levadią Tallin (sic!). Śląsk Wrocław ze szwedzkim Helsinborgiem. Pomijam już fakt, że rzadko komu udawało się dojść do ostatniej rundy kwalifikacji. Słowem: nie pasowaliśmy do Champions League! Nawet mimo starań słynnego Francuza.

 

UEFA utrudniając nam i tak już niełatwą (dla nas) drogę do Ligi Mistrzów patrzy jeszcze szerzej. Nawet w 1/8 finału dochodzi do tak jednostronnych meczów jak Porto – Liverpool (0:5), Basel – Manchester City (0:4) czy Bayern – Besiktas (5:0). Poziom sportowy i dramaturgiczny zachowany jest tylko wtedy, gry grają Real Madryt z Paris SG, Juventus z Tottenhamem czy Chelsea z Barceloną. To jest prawdziwa Champions League! Taką chce się oglądać na stadionach i przed telewizorami. To generuje pieniądze. Spotkania takie, jak te w fazie grupowej tego sezonu: Apoel Nikozja – Real (0:6), PSG – Celtic (7:1), Chelsea – Qarabag Agdam (6:0) czy Maribor – Liverpool (0:7) są bez sensu. Bawić mogą tylko „szyderców”. Jak dwa pojedynki Legii Warszawa z Borussią Dortmund sprzed półtora roku. Choć ten z Westfalii (8:4 dla BVB) zapisał się w historii tych rozgrywek. Szkoda tylko, że z wstydliwego dla naszej piłki powodu.