Mroczkowski został trenerem drużyny z Nowego Sącza w styczniu 2016 roku. To pod jego wodzą nowosądeczanie wywalczyli historyczny awans do Ekstraklasy, wygrywając rozgrywki Nice 1 Ligi w sezonie 2016/2017. Podczas gdy inne drużyny hurtowo gubiły punkty wiosną 2017 roku, Sandecja Mroczkowskiego zanotowała serię, która dała promocję do najwyżej klasy rozgrywkowej na kilka kolejek przed końcem. Okazało się jednak, że klub z Nowego Sącza nie był gotowy na grę w Ekstraklasie... i nie chodzi tu tylko o brak stadionu przystosowanego do wymogów ligi.

Przykład? Na przełomie lipca i sierpnia w mediach pojawiła się informacja o tym, że do Nowego Sącza na testy przyleciał Freddy Adu. Klub z południa Polski poinformował 31 lipca, że 28-latek będzie sprawdzany w klubie i jeśli spisze się dobrze, powinien pozostać w Sandecji na dłużej. O całej sprawie nie wiedział jednak Mroczkowski, który o szczegółach mówi Izie Koprowiak z "Przeglądu Sportowego".

- Byłem w Krakowie, kiedy odebrałem telefon od dziennikarza z pytaniem o Adu. Sądziłem, że to żart i powiedziałem: „To niemożliwe”. A jednak przyleciał, w przychodni zrobiono mu śmieszne badania, które nie miały nic wspólnego z profesjonalnymi testami (...) To był istny kabaret. Rzecznik prasowy pojechał po piłkarza na lotnisko, zrobił z nim zdjęcie, a ludzie kpili, że nie wiedzą, który to Adu, bo obaj w dresach. Najbardziej irytowało mnie to, że nie było osoby odpowiedzialnej za tę sytuację. Zamieciono ją pod dywan. Gdybym wiedział, że po awansie do ekstraklasy w Sandecji nastanie taki marazm, na pewno bym nie podpisał nowej umowy. Wcześniej pracowałem tam z ludźmi, którzy wywiązywali się z obietnic, nikt mi nie przeszkadzał. Ale zmieniły się władze i z nowymi osobami trudniej było się porozumieć - twierdzi Mroczkowski.

Szkoleniowiec opowiedział również o szczegółach zarządzania klubem, który aktualnie zajmuje miejsce na dnie ekstraklasowej tabeli. - Poziom zarządzania Sandecją jest naprawdę słaby. Gdyby nie czujność i zaangażowanie pani Ewy i pani Zosi w sekretariacie, które znają przepisy, to dziś można byłoby już zgasić światło. One i sztab trenerski to właściwie cały klub, plus prezesi z doskoku. Dlatego sytuacji, z którymi się nie zgadzałem, było wiele. Pamiętam, jak pojechaliśmy do Poznania na pierwszy mecz w ekstraklasie. Wziąłem program meczowy i się zagotowałem. Zostaliśmy przedstawieni jako klub złożony z piłkarzy zamieszanych w różne afery, opisano m.in. przeszłość Trochima. Zamiast zaprezentować beniaminka, chcieli nas ośmieszyć. Nie zostawiłem tego, domagałem się wyjaśnień, choć inne osoby z klubu to zignorowały. W końcu przyszły przeprosiny z Lecha, zamieszczono sprostowanie - opowiada 50-letni trener.

- Nie toczę wojen dla samej satysfakcji. Chciałbym kiedyś trafić na dyrektora, prezesa, który ma konkretny, realny plan i chce go realizować. Jeśli pojedzie pani do Nowego Sącza i zapyta o strategię, to oczywiście usłyszy, że jest długofalowa. Ale tak naprawdę jej nie ma, to działania po omacku. Nikt nie chce o tym rozmawiać, łatwiej zamieść wszystko pod dywan - twierdzi Mroczkowski.

Cały wywiad w "Przeglądzie Sportowym".