Gilewicz: Zbyt często odbijamy się od ściany

Piłka nożna

Najbardziej znaną postacią sztabu trenerskiego reprezentacji U-17 jest Radosław Gilewicz. Były podopieczny m.in. Joachima Loewa w VfB Stuttgart, dziś selekcjonera Mistrzów Świata – Niemców - w reprezentacji Polski rozegrał dziesięć spotkań. Zdecydowanie więcej sukcesów odniósł w klubach: z Pucharem Niemiec czy mistrzostwami Austrii (Austria Wiedeń, Tirol Innsbruck) oraz koroną króla strzelców tych rozgrywek na czele.

Teraz pomaga Bartłomiejowi Zalewskiemu pracując z formacjami ofensywnymi. W Legnicy w pierwszym spotkaniu Elite Round – ostatniej rundy eliminacji do Mistrzostw Europy - Polacy tylko zremisowali z Gruzją 2:2, a najlepiej zaprezentował się napastnik, którym „Gilu” się opiekuje, Bartosz Bida z Jagiellonii Białystok.

 

Bożydar Iwanow: Najlepszej w starciu z Gruzją (2:2) zaprezentował się Bartosz Bida, czyli Twój ulubieniec. 

 

Radosław Gilewicz: Graliśmy jednym napastnikiem. Znam Bartka bardzo długo i wiem na co go stać. Obojętnie z kim gramy zawsze wkłada w mecz tyle samo siły, energii i zaangażowania. I nie boję się tego powiedzieć, że nikt inny nie daje tyle serca, co on. Zagrał wczoraj dobre spotkanie, zabrakło tylko gola. Miał swoje sytuacje. Widziałem go w szatni po meczu wściekłego, ze łzami w oczach. Bo z jego perspektywy wydaje mu się, że zawiódł. Ale ja tak nie uważam.

 

Powiedziałeś, „graliśmy na jednego napastnika”. Może to jest właśnie problem, bo Bida nie miał zbyt dużego wsparcia, a Gruzini angażowali z przodu w każdej akcji nawet i czterech zawodników.

 

Nie podzielam tego zdania, że z dwójką napastników byłoby lepiej. Ja wiem, że opinie na ten temat są podzielone także w kwestii pierwszej reprezentacji. Mamy taktykę, która się sprawdziła na tle różnych przeciwników. Słabszych, mocnych i tak jak w lutym z Francją najsilniejszych w Europie. Pokazaliśmy, że potrafimy grać konsekwentnie i skutecznie. Najgorsze mamy za sobą. Ten stres, to ciśnienie zeszło już z chłopaków. W drugiej połowie prezentowaliśmy już styl, który mieliśmy pokazać również w pierwszych 40 minutach. Tak powinniśmy grać. Tylko skuteczniej.

 

Ci chłopcy rozegrali już grubo ponad trzydzieści meczów, ale ten z Gruzją był dopiero czwartym o stawkę, o punkty…

 

Dokładnie. Przygotowaliśmy się do tego turnieju z niesamowitym zaangażowaniem. Zwróciliśmy uwagę na wszystkie detale, „prześwietliliśmy” przeciwnika. Byliśmy przygotowani na 100 procent. Ale jednak to głowa jest najważniejsza. Jeżeli grasz u siebie, masz pełny stadion, to kogoś mogło to przerosnąć. A nawet całość, bo w pierwszej połowie trudno było kogoś wyróżnić…

 

Poza Bidą...

 

Oczywiście. Ale remisujemy, przegrywamy czy wygrywamy razem. I w takich kategoriach patrzymy. To już minęło, patrzymy do przodu, jesteśmy optymistycznie nastawieni i czekamy na sobotnie spotkanie z Macedonią.

 

Grałeś wiele lat w Szwajcarii i w Austrii. Patrzę na kluby naszych zawodników i widzę Hiszpanię, Włochy albo Niemcy. Młodzi chłopcy trafiają bezpośrednio z Polski do najmocniejszych. Zresztą starsi też. Ty do Bundesligi przebiłeś się z St.Gallen, a po Niemczech wróciłeś nie do kraju, a do Austrii, gdzie święciłeś największe triumfy. Dziś tego kierunku nikt już nie bierze pod uwagę.

 

Dodałbym do tego także Belgię i Holandię. Na pewno jest to właściwa droga, ale nikt jej nie wybiera. Idziemy na skróty. Bo uważamy, że jesteśmy już tak dobrzy, że ligi o których wspominaliśmy, są dla nas nieodpowiednie. Szukamy wielkich wyzwań, a potem widzimy jak się to kończy. Ale decydującą rolę odgrywają pieniądze. I menedżerowie. Weźmy dobry kontrakt, a później się będziemy martwić. I martwimy się, bo wracamy szybko do Polski. Za często odbijamy się od ściany.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze