Przed pierwszym gongiem mówiło się, że ten pojedynek wyłoni kolejnego rywala dla mistrza świata WBC Deontaya Wildera (40-0, 39 KO). Faworytem był Brytyjczyk. Jak się okazało, nie zawiódł swoich kibiców.

 

Początek był spokojny. Pięściarze badali, na ile mogą sobie pozwolić, jednak inicjatywa należała do Brytyjczyka. W końcu Whyte trafił Browne'a, rozcinając mu łuk brwiowy. W trzeciej rundzie ruszył z impetem do ataku i na efekty nie trzeba było długo czekać. Potężne ciosy raz po raz spadały na twarz Browne'a, który krwawił coraz mocniej.

 

Whyte miał świadomość swojej przewagi. W szóstej rundzie wyprowadził piekielnie mocny cios i Browne padł jak rażony piorunem. Natychmiast doskoczyli do niego medycy, bo Australijczyk nie mógł się ruszać… Na szczęście, po pewnym czasie opuścił ring o własnych siłach.