Osobowość Rochy, optymizm, którym wszystkich zarażał, fakt, że błyskawicznie potrafił sobie zjednać kibiców budziły nadzieję, że ten okres ciągłego dołowania przy ulicy Cichej wreszcie znajdzie swój kres. Ruchowi zwrócono odebrane wcześniej punkty, sytuacja wciąż była bardzo zła, ale można było się łudzić, że właśnie taki impuls podziała mobilizująco, że Ruch pójdzie w górę i zagra wiosną kolejnych takich kilka spotkań jakie udało się już pod wodzą Rochy rozegrać.

 

Wypadało uwierzyć facetowi, który prowadził kiedyś drużynę w półfinale Ligi Mistrzów, na futbolu zjadł zęby, a nawet w już w Chorzowie przejmując beznadzieją drużynę osiągnął z nią wyniki średnie (dwadzieścia punktów w piętnastu grach). Nie udało się jednak wykazać ani trochę cierpliwości, minimum szacunku dla trenera ze znakomitą przeszłością, który jakby wbrew logice podjął się ratowania klubu z ujemnymi punktami w polskiej pierwszej lidze. Nie poszło w pierwszych wiosennych meczach, „gonić dziada”! Taką typową dla naszych rozgrywek logiką kierowali się dzielni działacze Ruchu.

 

Nie mam pojęcia o stanie kasy klubowej Ruchu, ale sądząc po wiecznym narzekaniu i informacjach o możliwym bankructwie można chyba założyć, że się nie przelewa. To w takiej sytuacji zatrudnianie w ciągu sezony trzeciego trenera zakrawa już na poważną fanaberię. No, chyba, że zakładać, że Krzysztof Warzycha, Rocha i teraz Dariusz Fornalak są tak bezgranicznie zakochani w „Niebieskich”, że godzili się pracować za „frytki”. Zastanawia też postawa „Gucia” Warzychy, legendy klubu, który najpierw wykorzystał swoją znajomość z Rochą i namówił go na pracę w Polsce, godząc się na rolę asystenta. A teraz łatwo pogodził się z decyzją działaczy i jakby nigdy nic asystuje Fornalakowi. Gdyby zrobić jakieś zawody w umiejętności bycia elastycznym, „Gucio” miałby szansę na złoty medal.

 

Imponowała mi determinacja nowego zarządu Ruchu, który zabrał się za ratowanie jednego z najbardziej zasłużonych klubów, brawa należały się za częściową spłatę długów, czy sposób w jaki wygrzebali trenera z takim CV, jakiego nie ma żaden z trenerów ekstraklasy. Sztuką było też namówienie całkiem pokaźnej grupy młodych ciekawych graczy, którzy mogli odejść, ale jednak utożsamiają się z „Niebieskimi” i walczą w Chorzowie. Wydawało się, że nawet gdyby się nie udało to wreszcie znaleźli się tam ludzie z innej gliny niż przez wiele lat poprzednicy, którzy systematycznie doprowadzali klub do ruiny.

 

Czar prysł. Okazało się, że receptę na sukces mają w Chorzowie tak samo wysublimowaną jak w większości klubów. Streszcza się ona w dwóch słowach: wywalić trenera!