Ten rok miał był nie mniej ciekawy dla boksu niż ubiegły, i na razie tak jest. James DeGale odzyskał tytuł, Erislandy Lara przegrał o włos z Jarrettem Hurdem i go stracił, Anthony Joshua znów ściągnął na stadion w Cardiff 80 tysięcy widzów, pokonał Josepha Parkera i ma już trzy mistrzowskie pasy w wadze ciężkiej. 

 

A przypomnijmy, że po raz pierwszy bokserskie rękawice założył dziesięć lat temu. Zdążył w tym czasie zdobyć olimpijskie złoto w Londynie (2012), rok wcześniej wicemistrzostwo świata w Baku i wygrać, jak na razie, wszystkie (21) zawodowe walki. Tylko w ostatniej nie znokautował rywala.


Do zdobycia został mu tylko pas WBC należący do innego niepokonanego mistrza, Amerykanina Deontay’a Wildera. Nie ulega wątpliwości, że ich pojedynek będzie największym, bokserskim wydarzeniem. Nie wiemy jedynie, kiedy do niego dojdzie. Obaj twierdzą, że chcą tego jak najszybciej, najlepiej już latem tego roku, ale to mało prawdopodobne. Zbyt wielkie pieniądze są z tym związane, by negocjacje trwały tak krótko.


Jeśli więc starcie gigantów zostanie przesunięte w czasie intrygująca jest odpowiedź na pytanie, co w zamian ? Z Joshuą chce walczyć Aleksander Powietkin, chętnie wskoczyłby też do ringu Dillian Whyte, który wygrał z Anthonym w czasach amatorskich, a w zawodowej walce został przez niego znokautowany.


Sam mistrz mówi wprawdzie, że interesują go tylko dwa nazwiska: Wilder i Tyson Fury (jeśli ten wróci do gry i będzie prezentował odpowiednią formę), ale zawodowy boks ma to do siebie, że słowa znaczą w nim niewiele.


A kto w takim razie zmierzy się z Wilderem, jeśli nie dojdzie w najbliższej przyszłości do pojedynku „Bronze Bombera” z Joshuą?


Logiczny byłby wybór Dominika Breazealea, Jarrella Millera (jeśli 28 kwietnia wygra na Brooklynie z Francuzem Johannem Duhaupasem), Wilder wspomniał też o Adamie Kownackim, a przecież jest jeszcze opcja angielska, zakładająca że Amerykanin zmierzy się Dillianem Whyte’em.


Jak widać pytań jest więcej niż odpowiedzi, ale w tej branży nie powinno to dziwić.


A propos pytań, wciąż nie wiemy czy 5 maja zobaczymy w ringu Giennadija Gołowkina i kto będzie jego przeciwnikiem. Posiadacz trzech mistrzowskich pasów w wadze średniej miał w „Cinco de Mayo” stoczyć rewanżowy pojedynek z Saulem „Canelo” Alvarezem (w ich pierwszej walce wypunktowano remis) , ale Meksykanin wpadł w lutym dwukrotnie na dopingu. Canelo tłumaczy się wprawdzie, że clenbuterol dostał się do jego organizmu w wyniku spożywania skażonego mięsa meksykańskich krów, ale na razie jest czasowo zawieszony i sam zrezygnował z walki z Gołowkinem mając świadomość, że tak czy inaczej zostanie zdyskwalifikowany. W przyszłym tygodniu będziemy wiedzieli coś więcej, zagadką jest odpowiedź na pytanie, jak surowa będzie kara.


A Gołowkin wciąż szuka rywala na 5 maja. Miał być nim młody, 21 letni Meksykanin Jaime Munguia, ale Komisja Sportowa Stanu Nevada nie wyraziła zgody. Na Vanesa Martirosjana z kolei nie wyraziły zgody federacje argumentując, że jest nieaktywny od dwóch lat, a ostatnio walczył kategorię niżej.


Wiemy już, że jeśli dojdzie do występu Gołowkina, to nie będzie on walczył w systemie pay per view., tylko na regularnym HBO. Zmieniono też obiekt. Najpierw T-Mobile w Las Vegas na MGM Grand Garden Arena, a chwilę później na StubHub Center w Carson.


Tyle że Gołowkin wciąż nie ma rywala. Miał nim być Gary „Spike” O’Sullivan, ale gdy okazało się, że budżet jest niższy niż początkowo zakładano, a w związku z tym niższe będzie też wynagrodzenie dla Irlandczyka, ten wycofał się.


Teraz mówi się o 30 letnim Yamaguchim Falcao, brązowym medaliście olimpijskim z Londynu. Leworęczny Brazylijczyk przegrał tam w półfinale z późniejszym złotym medalistą, Rosjaninem Igorem Miechoncewem.


Pojawiły się też głosy, że GGG może zostać pozbawiony pasa IBF, jeśli nie rozpocznie negocjacji z obowiązkowym pretendentem tej organizacji, Ukraińcem Siergiejem Dieriewianczenką, olimpijczykiem z Pekinu. Jak widać dzieje się dużo.


Toma Loefflera, promotora Kazacha, może od tego wszystkiego rozboleć głowa. Miał być mega pojedynek z Canelo Alvarezem i gigantyczne wpływy, a teraz być może trzeba będzie przenieść występ Gołowkina na inny termin.


Ale na tym, między innymi, też polega ten słodko–gorzki smak zawodowego boksu.