„Mecz niecodzienny, bo rozgrywany w nocy bez oświetlenia. Powinny naprawdę odpowiednie osoby za ten skandal beknąć!!!” – napisał jeden z kibiców na łamach mediów społecznościowych. I nie ma co się dziwić. Wszak mowa o finale Pucharu Polski, którego triumfator dostaje przepustkę do gry w tych rozgrywkach na szczeblu wojewódzkim w sezonie 2018/2019. Organizatorzy ustalili godzinę pierwszego gwizdka na 17:30, nie przewidując, że do wyłonienia zwycięzcy będzie potrzebny dodatkowy czas gry, nie mówiąc już o rzutach karnych.

Faworytem tego starcia była ekipa Skry Częstochowa, która walczy w tym sezonie o awans do drugiej ligi. Ich rywalem był A-klasowy Znicz Kłobuck, toteż być może osoby odpowiedzialne za organizację tego meczu spodziewały się rozstrzygnięcia w regulaminowym czasie gry. Okazało się, że po 90. minutach wynik brzmi 1:1. W dogrywce oba zespoły solidarnie zdobyły po jednej bramce i potrzebne były rzuty karne. Problem polegał na tym, że nad malowniczym Łobodnem wszystkich zainteresowanych zastał zmrok, a na obiekcie brakowało oświetlenia.

Wszyscy zaczęli zastanawiać się co dalej? Możliwości było kilka. W ostateczności arbiter mógł przerwać rywalizację i przełożyć serię jedenastek na inny termin. Niektórzy kibice śmiali się, aby przenieść się do niedaleko położonego Kamyka, który posiada sztuczne oświetlenie, aby tam wyłonić triumfatora. Podstawienie samochodów, aby rozświetlić boisko także nie wchodziło w grę. Finalnie obie drużyny zgodziły się rozegrać rzuty karne w zapadających ciemnościach. - Miejscowy wójt postarał się o włączenie latarni przy pobliskiej drodze, aby chociaż część bramki była widoczna. Jeden słupek oraz połowa poprzeczki była w miarę widoczna – relacjonuje jeden z fotoreporterów obecny na tym wydarzeniu.

 

Finał Pucharu Polski 2017/18, grupa: Śląski ZPN - Częstochowa

Znicz Kłobuck – Skra Częstochowa 2:2 (0:1, 1:1); karne 2–4.

Bramki: 0:1 Alan Jaworski (9), 1:1 Kamil Wojtyra (55–karny), 1:2 Łukasz Kowalczyk (93–karny), 2:2 Przemysław Majczyna (117).