Żużlowiec z kraju Hamleta nie może zaliczyć poprzedniego sezonu do udanych. Jeszcze w barwach Fogo Unii Leszno borykał się z kiepską formą, ale przede wszystkim kontuzjami. Ta ostatnia postawiła nawet znak zapytania odnośnie do kontynuowania kariery przez Pedersena. Wielu ekspertów, dziennikarzy, kolegów po fachu oraz kibiców nie wierzyło, że jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii speedwaya wróci na tor, a co dopiero będzie notował dwucyfrówki. - Zdecydowanie. Każdy mówił, że jestem skończony, ale ja nigdy nie wątpiłem i nie przestałem wierzyć w siebie. Tak naprawdę g***o mnie to obchodziło co inni myślą. Ja wiem jak było, kocham ten sport. To jest moje hobby, ale muszę pamiętać, że to także moja praca. Teraz wracam i jazda sprawia mi dużą przyjemność. Jestem doświadczonym zawodnikiem, ale także posiadam dobry sprzęt. Muszę podziękować mojemu tunerowi Ryszardowi Kowalskiemu za naszą współpracę, która układa się dobrze w tym momencie. Kiedy zawodnicy chcą być szybcy i silnik również jest szybki, wówczas jest dobra harmonia – przyznaje Duńczyk.

 

Jego Grupa Azoty Unia Tarnów wystąpiła już w dwóch spotkaniach PGE Ekstraligi. W obu liderem Jaskółek był nie kto inny jak Nicki Pedersen – ten sam, który był skazany na żużlową pustynię. W inauguracyjnej kolejce przeciwko Falubazowi Zielona Góra urodzony w Odense jeździec zdobył trzynaście oczek, tylko dwukrotnie przyjeżdżając za linię mety za rywalem, walnie przyczyniając się do zwycięstwa gospodarzy 47:43.

 

W drugiej kolejce popularny Power, ale w Polsce bardziej znany jako Dzik zaprezentował się jeszcze lepiej, dodatkowo w starciu na wyjeździe przeciwko wiele mocniejszemu rywalowi – forBET Włókniarzowi Częstochowa. Pod Jasną Górą Indywidualny Mistrz Świata z 2003, 2007 oraz 2008 roku przez pierwsze pięć startów był nie do złapania. Nie mogły zbliżyć się do niego takie asy jak Fredrik Lindgren, Leon Madsen oraz Matej Zagar. Czterdziestolatek imponował na starcie, był szybki na dystansie. W sumie wywalczył aż siedemnaście punktów i tylko w ostatniej gonitwie dał się pokonać Lindgrenowi. Kibice zobaczyli starego, dobrego Dzika, ale...  - Myślę, że nie na tym rzecz polega, abym robił komplety punktów. Byłem szybki w tym meczu, wykonywałem pracę dla swojego zespołu. Chodzi o występ całego zespołu, a z tym był problem. Oczywiście cieszę się z mojej jazdy oraz z tego, że jestem liderem drużyny. To wciąż jednak początek sezonu. Każdy wie jak wygląda Częstochowa, każdy wie jak wygląda Tarnów. Są lepszą od nas ekipą, bez dwóch zdań. Jeśli porównasz oba zespoły na papierze, jeden do jednego, wyjdzie, że są od nas mocniejsi. To oczywiście szkoda, że niektórzy zawodnicy dzisiaj pojechali słabo, ale jesteśmy w takim miejscu w jakim jesteśmy i musimy pamiętać, że Częstochowa to bardzo dobra drużyna – mówi Nicki, nad wyraz skromny Nicki.

 

W poprzednim sezonie tarnowska Unia była hegemonem na torach Nice 1 ligi żużlowej i w pełni zasłużenie awansowała do PGE Ekstraligi. Podopieczni Pawła Barana po dwóch kolejkach mają dwa oczka za zwycięstwo z Falubazem Zielona Góra na własnym torze. Eksperci nie mają wątpliwości, że głównym kandydatem do spadku jest właśnie ekipa z Mościc. - Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Muszę przyznać, że klub ciężko pracuje. Są tam dobrzy ludzie, którzy mają także realistyczne podejście. Cała drużyna musi dobrze pojechać, aby wyniki były lepsze. U siebie możemy być coraz silniejsi. Musimy trzymać się razem i walczyć o dobry wynik dla klubu – zaznacza nowy nabytek Unii.

 

Na torze przy Olsztyńskiej Nicki spędził dwa lata. To był spektakularny transfer ze Stali Rzeszów do Włókniarza. W swoim pierwszym sezonie, w 2008 roku duński dynamit był maszyną do zdobywania punktów, wykręcając rekordową średnią 2,775 pkt./bieg. Ani wcześniej, ani później nikt nie zbliżył się do tego wyczynu. Ponadto Nicki w tym samym roku wywalczył swój trzeci, jak na razie ostatni tytuł czempiona globu. Nie dziwi zatem, że miło wspomina każdy powrót do Częstochowy. - Dokładnie. Muszę przyznać, że kibice tutaj zawsze mnie wspierali nawet kiedy odszedłem z klubu. Zrobiłem dla nich fantastyczną robotę. Dziękuję im bardzo, że wciąż mnie wiwatują. Cały czas mnie szanują i to pozostaje w moim sercu. A ja to zapamiętuję. Dlatego zdecydowałem się zrobić dodatkowe okrążenie po meczu wspólnie z Lindgrenem. Mam stąd dobre wspomnienia. Są tutaj dobrzy kibice, świetni kibice – kończy rozmowę Nicki Pedersen, na którego za rogiem czeka tabun kibiców, aby zrobić sobie z nim zdjęcie i wziąć autograf. Nicki znowu jest na topie, ale chyba zawsze był.