Odejmując dwóch weteranów okaże się, że dwa zasłużone polskie kluby, które łącznie zdobyły 25 tytułów mistrza Polski, z dwóch największych miast, których mecze są od lata określane jako wielkie wydarzenia w polskim futbolu ligowym, są w stanie zaprezentować trenerowi reprezentacji tak naprawdę czterech kandydatów do kadry. I to w dużych porywach...

Smutne to jest niesłychanie i dziś patrząc na formę obu zespołów i prezentowany w oparciu o zagranicznych graczy poziom wydaje się oczywiste, że nie tędy droga. Aż tak duża liczba obcokrajowców średniej klasy to jest po prostu przesada. A doraźne cele jakie w oparciu o nich udaje się realizować (awans do pierwszej ósemki w przypadku Wisły i być może gra w europejskich pucharach Legii) to są cele nie warte tego co się dla nich poświęca. Czyli mówiąc bez żadnego patosu – przyszłości polskiej piłki.

Przecież dokładnie w tym kierunku poszła kiedyś wówczas wznosząca się polska koszykówka. Zachłyśnięto się możliwym kosmopolityzmem i przy okazji zabito tę dyscyplinę na lata. Dziś próbuje się ja z trudem dźwignąć z kolan, słusznie postulując o obowiązkowe miejsca w każdej drużynie dla Polaków.

Przypomnę skład z meczu Wisła – Legia z 2003 roku, kiedy oba kluby zacięcie rywalizowały o mistrzostwo Polski: Wisła: Piekutowski – Baszczyński, Jop, Głowacki, Stolarczyk – Szymkowiak, Uche, Cantoro, Kosowski – Żurawski, Kuźba. Legia: Mijanovic – Jarzębowski, Zieliński, Jóźwiak, Dudek – Sokołowski, Surma, Vukovic, Kiełbowicz – Kucharski, Svitlica.

17 Polaków w pierwszch składach. Ok, czasy się zmieniły swobodny przepływ zatrudnienia w ramach Unii Europejskiej rozpoczął się chwilę później (choć w 2009 roku np. w grze pomiędzy oboma zespołami było 13 Polaków). Nikt mi jednak nie wmówi, że mecze w tamtym czasie i drużyny oparte na rodzimych graczach to był niższy poziom od tego, który Wisła i Legia prezentują obecnie.

Bo swoboda w zatrudnianiu obcokrajowców to jest wielki atut. Ale trzeba umieć z niej korzystać.