Rok temu AS Monaco doszło aż do półfinałów Ligi Mistrzów. Zdobyło też tytuł mistrza Francji, zostawiając w pokonanym polu głównego faworyta - PSG. Jeszcze niedawno zespół Leonardo Jardima miał siedem punktów przewagi nad Lyonem i Marsylią, ostatnio tracił po punkt po punkcie, roztrwaniając cały ten dorobek i nie ma już pewności, że zobaczymy piłkarzy małego Księstwa w prestiżowej imprezie Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie. Fatalny pokazał się kwiecień, w którym zespół spod Skały zdobył zaledwie 5 punktów w pięciu meczach, co przy 11 Marsylii i aż 15 dla Lyonu może mieć decydujący wpływ w walce o podium.

 

Losy tego zespołu by nas tak nie interesowały, gdyby nie obecność w składzie Kamila Glika, który w ostatnim meczu zagrał pełne 90 minut. Niestety, dostosował się poziomem do swoich partnerów. AS Monaco z trudem zremisowało w sobotę na własnym boisku z przeciętnym Amiens. Po tym meczu trener czerwono-białych nie wytrzymał nerwowo, padły z jego ust mocne słowa na pomeczowej konferencji:

 

- Niektórzy chyba zapomnieli, kto im płaci za występy - powiedział.

 

Kontuzje i spadek formy podstawowych zawodników, takich jak Fabinho, Lemara czy Falcao wszystkiego nie tłumaczą, trudno racjonalnie bowiem wytłumaczyć taki brak skuteczności. Do zakończenia sezonu pozostały już tylko trzy kolejki. Wbrew pozorom kolegów Glika czekają trudne mecze, bo zagrają z Saint-Etienne, które idzie jak burza (13/15 w ostatnich meczach) i zechcą zapewnić sobie udział w Lidze Europy. Caen i Troyes to zespoły, które na swoim terenie będą wyjątkowo groźne, bo żaden z nich nie jest pewien gry w Ligue 1 w przyszłym sezonie. Wracając do Glika, to trzeba szczerze stwierdzić, że jakby zatracił zapał rzadko włącza się do akcji przed bramką przeciwnika.

 

 

A to był przecież jeden z jego głównych atutów. Kiedy jego blond czupryna pojawiała się przy stałych fragmentach gry w polu karnym przeciwnika, to w jego kierunku kierowane były kamery telewizyjne. Za mecz z Amiens Polak otrzymał notę "5" od dziennika l'Equipe, tydzień temu - zaledwie "3". Całe szczęście, że nie uczestniczył z powodu kontuzji w kompromitacji z PSG. To była prawdziwa klęska na Parc des Princes (7:1). Z powodu słabych występów wypadł z czołowej "20" w klasyfikacji najlepszych piłkarzy Ligue 1. Może jest już myślami na rosyjskich stadionach? Może czuje przesyt futbolem, bo jest najbardziej eksploatowanym piłkarzem w zespole AS Monaco?

 

Najważniejsze, że naszemu reprezentantowi, jak na razie, nic nie dolega i zakończy rozgrywki ligowe bez kontuzji. Jednym z naszych groźnych rywali na mistrzostwach świata w Rosji będzie Kolumbia. Jej as atutowy, partner Glika, Radamel Falcao (17 bramek w lidze), też myślami jest już chyba w Rosji, bo jakoś nie może się przełamać po odniesionej niedawno kontuzji. Unika kontaktowej gry, zatracił skuteczność, po prostu boi się, żeby nie powtórzyła się historia z 2014 roku, kiedy to kontuzja uniemożliwiła mu występ na mistrzostwach świata.

 

Do gry powrócił wreszcie po pięciomiesięcznej przerwie drugi nasz reprezentant Igor Lewczuk grał przez prawie pół godziny w zwycięskim meczu Bordeuax z Dijon (3:1). W końcowej fazie rozgrywek Ligue 1, nawet jeśli zagra, będzie mu trudno przekonać Adama Nawałkę, by umieścił go na szerokiej liście kandydatów na mundial. A szkoda, bo przed kontuzją grał całkiem dobrze.