Pindera: Nowi i starzy mistrzowie

Sporty walki

Wasyl Łomaczenko zdobył kolejny pas nokautując Jorge Linaresa w Nowym Jorku. A Sadam Ali, były już mistrz z tego miasta, właśnie go stracił.

Ukrainiec był faworytem w starciu z Linaresem, ale każdy kto widział kiedykolwiek Wenezuelczyka w akcji musiał zdawać sobie sprawę, że to może być trudna przeprawa. I była, Linares wniósł do ringu znacznie więcej kilogramów niż wynosi limit kategorii lekkiej i to było widać gołym okiem. Ale Łomaczenko i z tym sobie poradził, choć pierwszy raz w zawodowej karierze leżał na deskach.

 

Ten prawy prosty w szóstej rundzie był znakomity. Zdarza się, trafił czysto – mówił nowy mistrz trzeciej już kategorii wagowej po zakończeniu tego pojedynku, chwaląc Linaresa.


Po dziewięciu rundach walki rozgrywanej w nowojorskiej Madison Square Garden był remis. Jeden z sędziów punktował 86:84 na korzyść Linaresa, inny w takim samym stosunku dla Łomaczenki, a Julie Lederman miała na swojej karcie 85:85.


Szykowała się więc pasjonująca końcówka, choć mocniej poobijany był Linares, ale Ukrainiec nie zamierzał zostawiać sprawy w rękach sędziów. W dziesiątym starciu, perfekcyjnym lewym hakiem na wątrobę posłał urzędującego mistrza WBA na deski. Ten wprawdzie wstał i jak twierdzi chciał kontynuować pojedynek, ale sędzia ringowy na to nie pozwolił.


Tym samym Łomaczenko, w dwunastej zawodowej walce zdobył pas trzeciej kategorii wagowej. Wcześniej był mistrzem w piórkowej i superpiórkowej.


Ten pierwszy tytuł zdobył w zaledwie trzecim pojedynku, drugi w siódmym, teraz ustanowił kolejny rekord, bijąc zdecydowanie wcześniejszy, należący do Australijczyka Jeffa Fenecha, który na podobny wyczyn, tyle że w wagach koguciej, superkoguciej i piórkowej potrzebował dwudziestu walk.


Starcie Łomaczenki z Linaresem zadowoliło chyba najbardziej wybrednych znawców. Była to bardzo dobra walka w której „Złoty Chłopak” z Barinas pokazał, że Ukrainiec nie jest nietykalny. Ale że przy tym genialny, to już inna sprawa.


Wydaje się, że wcześniej czy później Łomaczenkę czeka wycieczka do wagi superlekkiej, ciekawe co wymyśli jego promotor Bob Arum. Na razie na walkę z Terencem Crawfordem (półśrednia) się nie zanosi, więc kto wie, może uda się namówić Manny’ego Pacquiao, który mógłby zejść wagę niżej, z półśredniej do superlekkiej. Ale na razie to chyba wróżenie z fusów.


Gdy Łomaczenko w wielkim stylu odbierał pas WBA Linaresowi, w oddalonej o kilkaset mil Veronie (ale też w stanie Nowy Jork) tytuł WBO w wadze junior średniej tracił urodzony w Nowym Jorku, mający jemeńskie korzenie Sadam Ali. W grudniu był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, pokonał w Madison Square Garden Miguela Angela Cotto i spełnił marzenie życia, został mistrzem świata.


A w nocy z soboty na niedzielę (polskiego czasu) został zdemolowany przez 21 letniego chłopaka z Tijuany, Jaime Munguię, który na deski wysłał go już w pierwszej rundzie. Ali, olimpijczyk z Pekinu (2008) padał na deski cztery razy, w czwartym starciu po raz ostatni.


Munguia (29-0, 25 KO) tytuł ten w dużej mierze zawdzięcza Komisji Sportowej stanu Nevada, która nie zgodziła się na jego walkę z Giennadijem Gołowkinem. Ten młody, mocno bijący pięściarz miał bowiem zastąpić Saula Alvareza w Cinco de Mayo. Uznano, i słusznie, że to zbyt niebezpieczne. Z Gołowkinem zapewne, by przegrał, a tak dostał kolejną szansę, bo z walki z Alim wycofał się Anglik Liam Smith. A Munguia miał walczyć tego samego dnia na gali w Tijuanie.


Takiego scenariusza, że Meksykanin rozbije brutalnie mistrza świata, niewielu się chyba spodziewało. Inna sprawa, że Sadam Ali sprawiał wrażenie jakby był pięściarzem ze znacznie niższej kategorii, z kolei Munguia z wyższej.

 

Meksyk ma więc kolejnego mistrza świata, ale niewiele brakowało, by z pasem WBC w wadze superkoguciej pożegnał się inny meksykański czempion, Rey Vargas. W pojedynku z Azatem Hovhannisyanem nie pokazał tego na co liczono. Punktacja 2:1 dla starego mistrza dowodzi, że był naprawdę bliski porażki, ale tym razem mu się upiekło. Inna sprawa, że walka była emocjonująca, a gdyby wygrał Ormianin mieszkający w Los Angeles, nie byłby przypadkowym mistrzem.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze