Papszun w rozmowie z częstochowskim Radio FON chwalił swoją ekipę za ten występ. Beniaminek Nice 1 ligi okazał się bezapelacyjnie lepszą drużyną i w pełni zasłużenie zwyciężył 3:0, a sam rezultat mógł być jeszcze wyższy, gdyby Raków zaprezentował lepszą skuteczność. - Przyjechaliśmy do mocnego rywala, który w tej wiosennej tabeli zajmuje chyba jeszcze pierwsze miejsce. I to się tak naprawdę liczy, ponieważ to co było jesienią, to było dawno. Liga jest bardzo dynamiczna i wiedzieliśmy z kim gramy. My też znamy swoją wartość i wiedzieliśmy na co nas stać. Przyjechaliśmy tutaj jak do każdego innego rywala na wyjeździe, czyli z dobrym nastawieniem, koncentracją, zaangażowaniem, ale przede wszystkim pokazaliśmy bardzo dobrą grę we wszystkich fazach. Można powiedzieć, że ten mecz był zupełnie pod naszą kontrolą. Graliśmy tak jak chcieliśmy i co sobie założyliśmy. Jedyne o co mogę mieć zastrzeżenia do zespołu, to skuteczność, co może wydawać się dziwne przy takim wyniku. Liczba sytuacji, których stworzyliśmy była bardzo duża i ten wynik mógłby być nieco wyższy, ale nie jesteśmy zachłanni i cieszymy się bardzo z tego zwycięstwa na bardzo trudnym terenie i z bardzo mocnym rywalem – powiedział po meczu Papszun.

 

Ten triumf oznacza, że ekipa RKS-u wciąż liczy się w walce o awans do Lotto Ekstraklasy, ponieważ na trzy kolejki przed końcem sezonu czerwono-niebiescy tracą do drugiego Zagłębia Sosnowiec zaledwie trzy oczka. - My nigdy oficjalnie nie mówiliśmy o ekstraklasie. Jesteśmy beniaminkiem i musimy do wszystkiego podchodzić spokojnie. Zrobiliśmy to co mieliśmy zrobić już kilka kolejek wcześniej. Wiadomo, że jak się jest na trzecim miejscu to te apetyty rosną i chce się wygrywać oraz piąć w górę tabeli, ale my pracujemy i przygotowujemy się do następnego meczu tak samo, z myślą, żeby po prostu go wygrać. A co przyniesie tabela? Na pewno spojrzymy po ostatniej kolejce. Oczywiście każdy patrzy w nią teraz i wiemy kto ma ile punktów i że jesteśmy wśród tych drużyn, które o tę ekstraklasę się liczą. To jest fakt, z którym nie będę dyskutował i tylko mogę się cieszyć, że nie drżę i nie muszę mówić, że wygraliśmy w Tychach cudem i może się utrzymamy, bo są trzy kolejki do końca. Mamy zupełnie inne cele w tej chwili i to jest fakt – stwierdził opiekun Rakowa.

 

W walce o awans przestał liczyć się już GKS Tychy, który do tej pory fantastycznie spisywał się na wiosnę, ale w brutalny sposób został zatrzymany przez częstochowian. - Nie mogę mieć większych pretensji do moich zawodników. Trzeba oddać, że przegraliśmy z zespołem, który był lepszy. Popełniliśmy, jak nigdy dotąd, przede wszystkim błędy defensywne. One się brały głównie z naszej spóźnionej reakcji. Przeciwnik był dobrze dysponowany fizycznie, tym bardziej dochodzi do tego jeszcze komfort pierwszej bramki, potem drugiej bramki i nawet jeżeli ta trzecia nie wpadłaby, to różnica dwóch bramek przy takiej dyspozycji daje pewność siebie rywalowi, który naprawdę był lepszy – przyznał trener GKS-u, Ryszard Tarasiewicz.

 

Były reprezentant Polski zaznaczył, że jego zespół jeszcze nie odpuszcza ostatnich spotkań ligowych w tym sezonie. - Takie mecze się zdarzają. Naprawdę nie mam pretensji do moich zawodników, bo nawet przy niekorzystnym wyniku próbowaliśmy nie grać chaotycznie, nie kopać do przodu, aby szybko zbliżyć się pod bramkę przeciwnika. Wychodziliśmy z niełatwych sytuacji niedaleko naszej bramki i w momencie kiedy wydawało się, że możemy dalej kontynuować naszą grę ofensywną, to popełnialiśmy proste błędy techniczne. Z tych błędów brały się kolejne sytuacje przeciwnika. Dobrze, że akurat graliśmy w miarę szybko przy odbiorze piłki, czego nam zabrakło w pierwszej połowie. Zostały nam jeszcze trzy mecze i na pewno dla nas sezon jeszcze się nie skończył. To nie jest GKS, który już wykonał swoją robotę w tej rundzie – powiedział na koniec.