Każdy z wielkich triumfów Liverpoolu w historii miał swojego "ojca sukcesu". Bo "The Reds", mimo wybitnych piłkarzy zawsze potrzebowali charyzmatycznego szkoleniowca, kogoś, kto potrafił wycisnąć z drużyny maximum. Takim kimś jest Jurgen Klopp, jednak by wedrzeć się do galerii sław przy Anfield Road musi w końcu coś wygrać. Najlepsza okazja już 26 maja w Kijowie.

 

Od końca lat 50-tych, kiedy to powoli rodziła się potęga Liverpoolu, aż do czasów dzisiejszych można zauważyć pewną prawidłowość. W klubie z Anfield występowały okresy lepsze i gorsze. Te mniej pozytywne kończyły się najczęściej wraz z przyjściem charyzmatycznego szkoleniowca, który zmieniał oblicze drużyny. Takich ludzi "The Reds" od zawsze potrzebowali i to tacy ludzie zapewniali klubowi sukcesy.

 

Początek chwały - Bill Shankly

 

Gdy w 1959 roku legendarny Bill Shankly przychodził na Anfield Liverpool grał na drugim poziomie rozgrywkowym, na swoim koncie miał pięć mistrzostw Anglii, ale cztery przedwojenne i daleko mu było do czołówki, która stanowiły wtedy m.in. Wolverhampton Wanderers i Manchester United. Klub był w tragicznym stanie, w Pucharze Anglii uległ półamatorskiemu Worcester City. Szkot postanowił zrobić wielkie przemeblowanie. Ściągnął za sobą trzech zaufanych asystentów, Boba Paisleya, Joe Fagana oraz Rebuena Bennetta. Całej trójce wpoił lojalność do barw klubowych LFC.

 

W drużynie Shankly był typem mentora, motywatora potrafiącego poruszyć drużynę. Za taktykę odpowiadał Paisley, którego czasy miały dopiero nastać. "Shanks" wystawił 24 piłkarzy na listę transferową i zaczął modernizację zespółu. Dodatkowo z jego inicjatywy odnowiono ośrodek treningowy Melwood. Powstał też legendarny "Boot Room", gdzie sztab przy herbatce omawiał bieżące wydarzenia. Do elity Liverpool powrócił w 1962 roku, po fantastycznym sezonie na zapleczu angielskiej ekstraklasy, w którym błyszczał m.in. strzelec 41 goli, Roger Hunt. W sezonie 62/63 ligę wygrał Everton, co jeszcze bardziej zmotywowało drużynę do ciężkiej pracy.

 

Piętnaście lat pracy "Shanksa" przyniosło Liverpoolowi m.in. trzy tytuły mistrzowskie, dwa Puchary Anglii oraz Puchar Zdobywców Pucharów. Patrząc z perspektywy czasu nie jest to może powalająca liczba. Shankley ceniony jest jednak za coś innego. To on wprowadził "The Reds" na europejskie salony. Piłka była dla niego wszystkim, wręcz obsesją, bo potrafił przesiadywać w pubie i rozmawiać z dziennikarzami o futbolu przez godziny. To on wypowiedział legendarne słowa powtarzane później przez niejednego fana LFC - Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia lub śmierci. Jestem bardzo rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, iż jest o wiele, wiele ważniejsza - lubił powtarzać.

 

Bill Shankly

 

W angielskiej piłce rozpropagował "pass and move" czyli grę krótkimi podaniami, długie utrzymywanie się przy piłce, co dla kibiców na wyspach, zazwyczaj oglądających toporny, siłowy futbol było nowością. Shankley niespodziewanie zrezygnował z funkcji menedżera w lipcu 1974 roku. Równie niespodziewanie zmarł w 1981. Po latach, w wielu głosowaniach na najlepszego trenera angielskiej piłki klubowej nie miał sobie równych, wyprzedzając najczęściej Sira Alexa Fergusona. W 1997 roku postawiono mu pomnik, jego nazwisko nosi również jedna z głównych bram na stadionie. Bez "Shanksa" przyszła potęga Liverpoolu nigdy, by się nie narodziła.

 

Pomnik "Shanksa" przy trybunie The Kop

 

"Umarł król, niech żyje król"

 

Niespodziewana rezygnacja "Shanksa" wprowadziła w zadziwienie angielską piłkę. On sam na swoje stanowisko zaproponował dotychczasowego asystenta, Boba Paisleya. O Angliku nie da się jednak mówić bez kontekstu jego poprzednika. To Shankly postawił mocne fundamenty pod wielkość do jakiej doprowadził zespół Paisley. On, rodowity liverpoolczyk był raczej typem analityka, nie potrafił, tak jak "Shanks" motywować, większą uwagę przykładał do taktyki i to zapewniło mu mnogość trofeów zdobywanych na w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

 

Bob Paisley na transparencie fanów "The Reds"

 

Ponadto był też znakomitym fizjoterapeutą z niesamowitą zdolnością rozpoznawania kontuzji. W czasach, kiedy kadra zespołu nie liczyła wielu zawodników była to niezwykle przydatna umiejętność. Dla przykładu w sezonie 65/66, kiedy był jeszcze asystentem "Shanksa" potrafili zminimalizować ilość absencji piłkarzy i dzięki temu grać przez całe rozgrywki zaledwie czternastoma piłkarzami. Pierwszym szkoleniowcem był przez dziewięć lat. W tym czasie Liverpool sześć razy był mistrzem Anglii, trzy razy wygrywał Puchar Europy. To tylko te największe z triumfów zdobytych w tamtym okresie. Klub, który jeszcze kilkanaście lat wcześniej błąkał się po drugiej lidze, teraz wskoczył na sam szczyt europejskiego futbolu.

 

Tak naprawdę wszelkie laury zdobyte przez 24 lata były zasługą obu menedżerów. Czas Paisleya zakończył się w 1983 roku i podobnie jak on przejmował schedę po "Shanksie", tak i jego zastąpił dotychczasowy asystent, Joe Fagan. Zaczynała się era Iana Rusha, ale także upadek potęgi Liverpoolu, który rozpoczęła tragedia na Heysel.

 

Hiszpański Mesjasz

 

Po latach posuchy i ciągłych porażek zarówno na krajowym oraz europejskim podwórku Liverpool potrzebował kogoś, kto zrewolucjonizuje zespół i odbuduje jego dawną chwałę. Od 1998 do 2004 roku drużynę prowadził Gerard Houllier. Stworzył zalążek drużyny wprowadzając do drużyny młodych, zdolnych chłopaków Stevena Gerrarda, Michaela Owena oraz Jamiego Carraghera. Zdobył m.in. Puchar UEFA i FA Cup. Pod koniec swojej pracy na Anfield Francuz stracił jednak przychylność kibiców, którzy domagali się jego zwolnienia. Zdaniem wielu zespół nie miał swojego stylu, grał mało efektownie. Houllier został zwolniony, a w jego miejsce przyszedł Rafael Benitez.

 

Hiszpan w pierwszym sezonie pracy w Valencii zdobył z nią mistrzostwo Hiszpanii, pierwsze od trzydziestu lat. Do Anglii przyjechał z wielkimi nadziejami i planami, za sobą ściągnął kilku Hiszpanów, zrezygnował z wielu dotychczasowych wyborów Houlliera. W lidze w dalszym ciągu było przeciętnie. Co innego w Lidze Mistrzów. O pamiętnej drodze LFC do finału oraz samym meczu w Stambule powstały już niezliczone teksty, więc należy tylko przypomnieć, że liverpoolczycy wygrali z Milanem po rzutach karnych. Potem "The Reds" zdobyli jeszcze Superpuchar Europy. Benitez nie potrafił zdziałać nic więcej w Premier League, ale miał za to smykałkę do gry w europejskich pucharach.

 

Steven Gerrard i Rafa Benitez z Pucharem Ligi Mistrzów (2005 rok)

 

W 2007 roku znowu doprowadził drużynę do finału LM, ale tym razem Milan zrewanżował się za porażkę dwa lata wcześniej. W sezonie 08/09 klub był najbliżej wygrania ligi od lat, koniec końców wyprzedził go jednak Manchester United, a era Beniteza zbliżała się do końca, mimo że w mieście Beatlesów nazywano go "Hiszpańskim Mesjaszem". Po kolejnym, fatalnym sezonie Hiszpan został zwolniony. Na Liverpool czekał kolejny okres bez sukcesów, który (poza sezonem 13/14) przypominał błąkanie się po własnej przeciętności.

 

Niemiecka jakość

 

W październiku 2015 roku Liverpool zwolnił Brendana Rodgersa, który miał szansę na wygranie Premier League w 2014 roku, ale w dramatycznych okolicznościach jego zespół wypuścił triumf na ostatniej prostej. W jego miejsce zatrudniono Jurgena Kloppa. Niemców w brytyjskiej piłce nigdy zbyt wielu nie było, ale akurat ten miał papiery, by objąć "The Reds". Z Borussii Dortmund, w której pracował wcześniej wycisnął wszystko, co się dało. Starczyło na dwa mistrzostwa Niemiec i finał Ligi Mistrzów. Do Liverpoolu przychodził wiedząc, że wygranie ligi, w której kluby z Manchesteru czy też Londynu mogą sobie pozwolić na prawie każdego zawodnika na świecie i niezwykle szeroką ławkę, będzie bardzo trudne. Pierwszy sezon zakończył na finałach Ligi Europy oraz Pucharu Ligi. Kolejny rok przyniósł czwarte miejsce i powrót do Ligi Mistrzów.

 

Klopp w tym czasie ściągnął do zespołu m.in. Sadio Mane, Georginio Wijnalduma, a przed kampanią 17/18 Mohameda Salaha. Co więcej pozbył się wielu niepotrzebnych graczy, ale co najważniejsze wniósł powiew świeżości do zespołu nadając jej nowy styl. Styl, którego nie potrafili przez lata narzucić kolejni menedżerowie. Postawił na atak, pamiętać należy, że do dziś, a właściwie do przyjścia Virgila van Dijka wypominano mu ogromną przepaść pomiędzy ofensywą a defensywą.

 

Podejście Kloppa do futbolu widać było już w Borussii, której styl przypominał nieco barcelońską "tiki-takę". Tutaj nie miał może takich warunków do nieskończonej wymiany podań, bo uwarunkowania ligi angielskiej są zupełnie inne. Wróćmy jednak do ofensywnego stylu, bo taki założył sobie Niemiec. Dla przykładu można porównać dwa sezony, 2011/2012, w którym Liverpool zdobył w Premier League 47 bramek. W obecnych rozgrywkach Ligi Mistrzów ma ich na swoim koncie już 46. Mimo, że mecz z Realem Madryt dopiero w sobotę, to Klopp już może uznać ten sezon za udany. Jako pierwszy potrafił pokonać Manchester City w Lidze, a potem wyrzucić "The Citizens" z LM. Zapewnił sobie występy w tych rozgrywkach w przyszłym sezonie, dodatkowo zbudował drużynę, którą zachwyca się cała Europa.

 

Wypromował kilku piłkarzy, zwłaszcza wspomnianego już Salaha, który przeszedł do historii Premier League jako najskuteczniejszy strzelec w jednym sezonie. Egipcjanin zapewne zmieni pracodawcę, co przyniesie "The Reds" spory zysk. Ale Liverpool to nie tylko Salah, Klopp potrafił stworzyć kolektyw.

 

26 maja w Kijowie Mohamed Salah rozegra najważniejszy mecz w swojej karierze

 

Od razu po przyjściu do zespołu zrozumiał, co znaczy być częścią drużyny z Anfield. Kibice go pokochali, on też wiedział, co zrobić, by wkupić się w ich łaski. Jeżeli 26 maja w Kijowie uda mu się pokonać Real Madryt, na stałe dołączy do zacnego, dżentelmeńskiego grona menedżerów Liverpoolu, których łączyła ta sama zdolność podnoszenia klubu z obszarów przeciętności aż na sam szczyt.