W środę Trungelliti spędził na korcie niespełna dwie godziny, a w pojedynku z 72. w rankingu ATP Cecchinato nie zdołał zapisać na swoim koncie nawet seta. Na pocieszenie pozostanie mu 79 tysięcy euro premii za dotarcie do drugiej rundy i... ciekawa opowieść o tym, jak dotarł na mecz otwarcie w stolicy Francji.

Trungelliti w ostatniej rundzie eliminacji paryskiej imprezy na kortach im. Rolanda Garrosa przegrał w czwartek z Hubertem Hurkaczem. Ponieważ 190. w rankingu ATP tenisista z Ameryki Południowej zajmował odległe miejsce na liście rezerwowych, pojechał do Barcelony, gdzie miał spędzić czas z rodziną, która go odwiedziła. Jego nazwisko było jednak coraz wyżej w tym zestawieniu, po tym jak siedmiu zawodników wycofało się jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji.

W niedzielne popołudnie okazało się, że Nick Kyrgios rezygnuje ze startu z powodu kontuzji łokcia. W pojedynku z innym Australijczykiem Bernardem Tomicem miał go zastąpić Prajnesh Gunneswaran z Indii. Ten jednak rozpoczął już udział w turnieju niższej rangi we Włoszech i to stworzyło szansę Trungellitiemu. Miejsce w głównej drabince French Open mogło być więc jego, o ile dotrze na czas, tj. w poniedziałek rano, by podpisać się osobiście na liście.

Niespełna dobę przed planowanym rozpoczęciem meczu z Tomicem 28-letni Argentyńczyk był jednak jeszcze w Barcelonie. W pół godziny do samochodu wynajętego na objazdową wycieczkę po Hiszpanii spakował sprzęt, bagaże oraz najbliższych - żonę, brata, matkę i babcię. W 10 godzin pokonali 1000 km, a niezwykłą podróż udokumentowali jego żona i brat, zamieszczając zdjęcia i filmy w mediach społecznościowych. Dotarli do Paryża około północy, a Trungelliti rano podpisał się na liście. Kilka godzin później zaś pokonał kwalifikanta Tomica 6:4, 5:7, 6:4, 6:4. Tym samym po raz trzeci z rzędu awansował do drugiej rundy w tym turnieju. Łącznie w głównej drabince w Wielkim Szlemie wystąpił cztery razy.