Gdy Adam Nawałka w poniedziałek skreślił kolejne dziewięć nazwisk (najwcześniej z marzeniami o Mistrzostwach Świata pożegnali się przecież Maciej Makuszewski, Damian Kądzior i Krzysztof Piątek) pojawił się pomruk niezadowolenia, że jadą Artur Jędrzejczyk czy Sławomir Peszko, a w domu zostają chociażby decydujący o sukces w swoich krajowych klubach perspektywiczni Szymon Żurkowski, Przemysław Frankowski czy Sebastian Szymański. Że kadra potrzebuje odświeżenia, polotu, młodzieńczej fantazji i nowej spontaniczności. Potrzebuje, owszem. Ale jeszcze nie teraz.

 

Gdyby nawet przykładowa wyżej wymieniona trójka wsiadła do samolotu do Soczi, to i tak pewnie mówilibyśmy o graczach nr 19, 20 czy 21. Może 18. W turnieju mogliby zagrać ewentualnie w ostatnim meczu grupowym, gdyby – optymistycznie – awans był już pewny, albo – pesymistycznie – w spotkaniu o honor. Czy minuta na EURO 2016 dała coś Filipowi Starzyńskiemu, który nie podbił nawet przeciętnego Lokeren i nie lśni nawet w przeciętnym Zagłębiu Lubin? Czy zabrany do Francji Mariusz Stępiński zrobił furorę w FC Nantes czy Chievo Verona? To samo dotyczy Rafała Wolskiego, którego Franciszek Smuda w 2012 widział w kadrze na Mistrzostwa w Polsce i na Ukrainie?

 

Żurkowski, Frankowski czy Szymański powinni czuć nie żal, a radość. Nawałka o nich pamięta. „Dotknął” ich, wyróżnił i sprawdził. I uznał, że jeszcze się nie nadają. Spokojnie. Ich czas przyjdzie. Jesienią najpierw mecze towarzyskie a po nich Liga Narodów. Wtedy będą mieli okazję się wykazać. Na mistrzostwach świata i tak mieliby na to szanse tylko iluzoryczne.