W pewnym momencie wydawało się, że obóz „GGG” jest już pod ścianą. Organizacja IBF w trakcie tych negocjacji odebrała mu jeden z jego mistrzowskich pasów, zaś promujący Alvareza absolutnie nie chcieli się zgodzić na podział zysków 50/50. Co ciekawe, w tym czasie Gołowkin przebywał w Moskwie, gdzie rozpoczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej. 

 

I gdy już co niektórzy o słabszych nerwach sądzili, że z wielkiego hitu będą nici, okazało się że wynegocjowano podział w stosunku 57,5 procent dla Meksykanina i 42,5 procent dla Gołowkina. Walka została uratowana.

 

Pamiętajmy, że przy ich pierwszej walce Alvarez dostał jeszcze więcej (70-30) , a przecież to do Gołowkina należały mistrzowskie pasy, i to on, patrząc ze sportowego punktu widzenia, powinien rozdawać karty. W rewanżu podział był już korzystniejszy dla Kazacha (65-35), ale wciąż mocno faworyzował Meksykanina. Problem w tym, że zawodowy boks to najpierw biznes, a dopiero później sport. A dziś królem pay per view jest „Canelo” Alvarez, który ma za sobą rzesze latynoskich fanów po obu stronach Rio Grande. I to on daje zarobić innym.

 

W tej sytuacji wygląda na to, że Tom Leoffler, promotor Kazacha, wylicytował najwięcej ile było możliwe. Wykorzystał fakt, że Alvareza dwukrotnie złapano na dopingu i rewanżowa walka, zaplanowana na 5 maja, nie doszła do skutku. Tym samym Gołowkin miał prawo czuć się finansowo pokrzywdzony, bo za pojedynek z Vanesem Martirosjanem, które wziął w zastępstwie, dostał marny milion dolarów.

 

A teraz, jeśli wynik pay per view będzie zbliżony do tego z ubiegłego roku (1,3 mln) może liczyć na znacznie, znacznie więcej. Być może nawet 40 mln dolarów, jak już szybko wyliczono. W ubiegłym roku, gdy walczyli pierwszy raz, tylko ze sprzedaży biletów do kas wpłynęło 27 milionów USD, co jest trzecim wynikiem w historii zawodowego boksu.

 

15 września to dobra data, meksykańskie święto. Z finansowego punktu widzenia najlepsza z możliwych. A w tym przypadku poparta jeszcze wielką wartością sportową, jaką niesie ze sobą rewanżowy pojedynek Alvareza z Gołowkinem.

 

W pierwszej walce orzeczono remis, w drugiej wszystko jest możliwe, co jeszcze bardziej wpłynie na zainteresowanie mistrzowskim pojedynkiem, reklamowanym jako jeden z największych we współczesnym boksie. Do tego swoje zrobi magia Las Vegas, w połowie września nie będzie tam gdzie palca włożyć, w górę poszybują ceny hoteli, wszyscy będą chcieli zarobić i zarobią.

 

Ściany (czyt. Sędziowie) na ogół pomagają swoim, więc Gołowkin musi być przygotowany, że przy równej walce fakt, że to on, a nie „Canelo” jest mistrzem, może nie wystarczyć. Lepiej dla niego gdyby wygrał zdecydowanie, wtedy sprawiedliwy werdykt jest bardziej prawdopodobny. Tym bardziej, że w pierwszym pojedynku Alvarez zaprezentował się w ringu naprawdę przyzwoicie, radził sobie z Gołowkinem całkiem dobrze. A w rewanżu zapewne będzie jeszcze lepszy.

 

I nie brakuje głosów, że to on wygra, choć mimo wszystko stawiam na Kazacha. Rozmawiałem na temat tej walki ze swoim starym znajomym, Frankie Lilesem, byłym mistrzem świata WBA wagi superśredniej, który przyleciał do Warszawy jako trener Ismaiła Siłłacha na galę Warsaw Boxing Night i sobotni pojedynek z Andrzejem Fonfarą.

 

Zdaniem Lilesa faworytem będzie Alvarez. Można się oczywiście z Lilesem nie zgadzać, ale nie można mówić, że nie zna się na boksie, za długo siedzi w tym biznesie jako zawodnik i jako trener, zdążył więc poznać wszystkie jego uwarunkowania.

 

Ja mam jednak trochę inne zdanie, uważam że w rewanżu górą będzie zdeterminowany Gołowki, stać go nawet na wygraną przed czasem. Ale jest jeszcze trochę czasu by o tym dyskutować. Najważniejsze, że negocjacje zakończyły się powodzeniem i 15 września w T-Mobile Arena w Las Vegas doczekamy się wielkiego hitu. Takie walki jak ta, to sól boksu, oby ich było jak najwięcej.