- Obaj jesteśmy po przejściach, mamy za sobą piękne zwycięstwa, ale też ciężkie porażki. Kolejna może być sygnałem, by kończyć karierę – mówi mieszkający w Los Angeles Ukrainiec.

 

33 letni Siłłach był wielkim talentem olimpijskiego boksu. Wygrywał mistrzostwa świata i Europy kadetów, był wicemistrzem świata juniorów i seniorów, przywiózł też srebro mistrzostw Europy po przegranej w Płowdiw (2006) z Arturem Bietierbijewem, dziś zawodowym mistrzem świata wagi półciężkiej.

 

Najczęściej na jego drodze stawali Rosjanie: najpierw dwukrotny mistrz świata Matwiej Korobow i wspomniany Bietierbijew którego wcześniej pokonał, później, już na zawodowych ringach, Denis Graczew, jego pierwszy pogromca, Siergiej Kowaliow, Maksim Własow i ostatnio Aleksiej Papin, który znokautował go już w pierwszej rundzie.

 

- Taki jest boks, zdarza się. Na moment się zagapisz, stracisz koncentrację i BUM. Po tobie. Tak właśnie było w walce z Papinem – tłumaczy Siłłach, syn Ukrainki i obywatela Sierra Leone, który wierzy że w sobotę na Torwarze, w starciu z Fonfarą takiego błędu nie popełni i powalczy o zwycięstwo.

 

Mieszkający w Chicago, trzy lata młodszy „Polski Książe” tak pięknej karty w amatorskich czasach nie miał, ale uczył się boksu w Warszawie od dobrych fachowców. Szybko podpisał zawodowy kontrakt i pierwszy profesjonalny, wygrany pojedynek stoczył w 2006 roku w Ostrołęce. Miał 18 lat i nie myślał, że kiedyś będzie bił się o zawodowe mistrzostwo świata.

 

Kolejne walki toczył już w Ameryce, gdzie wyemigrował i powoli piął się po szczeblach kariery. Wygrywał z byłymi mistrzami świata, zmusił do poddania Julio Cesara Chaveza Jr, pięściarza z pierwszych stron gazet, dwukrotnie walczył o pas WBC wagi półciężkiej ze znakomitym Adonisem Stevensonem. Przegrał, ale za pierwszym razem pokazał, że stać go na wiele.

 

Wciąż zbijał jednak po kilkanaście kilogramów do każdej walki. Najpierw znokautował go Joe Smith Jr, a w rewanżu zmusił do poddania Stevenson. 

 

Wtedy podjął decyzję, by zmienić kategorię i przenieść się do junior ciężkiej.

 

Co więcej postanowił, że zadebiutuje w nowej wadze w Warszawie, na Torwarze stojącym tuż przy stadionie warszawskiej Legii, której jest wielkim kibicem.

 

O jego piłkarskich związkach wiemy od lat, o przyjaźni z Arturem Borucem również. Były bramkarz naszej reprezentacji, a wcześniej Legii pojawił się na konferencji prasowej, która odbyła się w klubowym obiekcie, z widokiem na murawę stadionu mistrzów Polski.

 

Warsaw Boxing Night to owoc pomysłu Warsaw Sports Group i Fonfara Promotions. Będzie przy tym okazja podziękować wielu osobom ze świata warszawskiego boksu, którzy zostaną w sobotę uhonorowani, a inni zaproszeni w roli specjalnych gości.

 

Marek Fonfara, starszy brat Andrzeja i jego menedżer powiedział mi wprost: jeśli przegra z Siłłachem, to nie ma czego szukać w nowej kategorii. Ma z czego żyć, jest finansowo ustawiony, więc zajmie się biznesem. Ale wierzę, że wygra – dodał na zakończenie.

 

Andrzej Fonfara przygotowywał się do sobotniej walki w Kalifornii, a później w Zakopanem. Ma nowego trenera, Eddiego Crofta, który uważa że Polaka stać jeszcze na wielkie rzeczy.

 

Nowego trenera ma też Siłłach, jest nim były mistrz świata kategorii superśredniej, Frankie Liles Jr. Były kapitan amerykańskiej drużyny amatorów, wielki rywal Roya Jonesa Jr z którym walczył cztery razy i dwa razy wygrał. Ale na igrzyska do Seulu poleciał Roy Jones Jr.

 

Frankie Liles jest mańkutem, równie wysokim jak Siłłach, który umie zmieniać pozycję na odwrotną i mocno uderzyć prawym sierpowym. To było kiedyś koronne uderzenie Lilesa.

 

Zobaczymy, czy potrafi nim zagrozić Fonfarze. Miejmy nadzieję, że nie, że to Polak trafi mocno i wygra przed czasem, o czym mówi po cichu. Dla Andrzeja Fonfary, który wraca na polskie ringi po dwunastu latach, i dla jego kibiców byłby to piękny prezent.