Kowalski: Lewandowskiego z resztą drużyny jakoś będzie trzeba pogodzić

Piłka nożna

Prezes PZPN Zbigniew Boniek w rozmowie z Sebastianem Milą powiedział wprost, że „kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, była to wartość dodana. Dzisiaj - mówię to ze smutkiem - niektórym to przeszkadza”. I zapowiedział, że muszą to sobie wyjaśnić w grupie...

Nie wiem czy w sposób zamierzony czy nie, ale wydaje mi się, że „Zibi” właśnie w tych dwóch zdaniach zdiagnozował główny problem naszej reprezentacji. Tak jak w Portugalii czy Argentynie reszta zawodników jest właściwie bezgranicznie wpatrzona w swojego lidera, tak u nas jest on jednak kwestionowany. Pewnie, że nie oficjalnie, bo nasi zawodnicy już tacy są, że na szczerość publicznie raczej się nie zdobywają, ale nie jest też żadną tajemnicą, że kadry nie stanowi grupa przyjaciół i prywatnie niektórzy za sobą najdelikatniej mówiąc nie przepadają. Dopóki nie było problemu z wygrywaniem, nie stanowiło to wielkiego problemu, teraz wręcz przeciwnie. Także dlatego, że różnice zaczęły się lawinowo piętrzyć. I zwykły dystans zaczął przeradzać się w destrukcyjną niechęć.

A jak nie ma chemii między graczami w codziennych relacjach to też trudno o bardzo dobrą współpracę w trudnych momentach na boisku. Skoro mniej więcej wiadomo o co chodzi i wcześniejsze plotki o podziale w zespole nie są jednak najwyraźniej tylko plotkami to warto sobie zadać pytanie, po której stronie leży wina? Czy RL9 tak bardzo urósł, że trudno mu już utrzymywać wspólny język z kolegami. Czy może kolegom nie w smak, że Robert jest w kadrze na specjalnych prawach i słusznie się na to nie godzą?

Wydaje się, że wina leży po obu stronach. Wyważona krytyka jest potrzebna samemu Robertowi, bo jednak warto stąpać twardo po ziemi i nawet jeśli się jest na samym szczycie nie otaczać się klakierami i potakiewiczami, o czym zresztą Robert sam publicznie wspominał. Mentalne bycie obok drużyny nie jest niczym dobrym, bo już samo w sobie jest zaprzeczeniem sukcesu w sporcie drużynowym. Mimo ogromnego zaangażowania na boisku, czemu nikt nie zaprzeczy, Lewandowski musi zdać sobie sprawę, że bywał w lepszej dyspozycji. I nie ma wątpliwości, że perypetie związane z niedoszłym na razie transferem w jakiś sposób musiały się na jego formie odbić. Zgodnie z zasadą, że jak w domu masz niepoukładane, to i w robocie nie jest lekko. Symptomy lekkiej obniżki dyspozycji naszego asa były widoczne w drugiej części sezonu, zwłaszcza w meczach Ligi Mistrzów i nie można nie przypuszczać, że nie miało to żadnego wpływu na postawę w reprezentacji.

Prawdą jest natomiast to co Lewandowski chce delikatnie przekazać opinii publicznej na temat współpracy z resztą zespołu. Nie jest on typem Messiego czy Ronaldo, który przedrybluje kilku rywali atakując z głębi pola i strzeli zwycięskiego gola. Jednak wymaga tego, aby piłkę w pole karne przynajmniej kilka razy w meczu dostarczyć. Śmiem twierdzić, że jego problemy w tej kwestii zaczęły się kiedy rozpoczął się zmierzch „układu scalonego”, jak mawia Bobo Kaczmarek, czyli współpracy z dawnymi kolegami z Dortmundu - Kubą Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem. Ich słabsza dyspozycja, czy też z różnych powodów nieobecność w pełnym składzie wpływała negatywnie na napastnika. A jak tak jak w meczu z Kolumbią trener Nawałka odebrał „Lewemu” jeszcze Kamila Grosickiego z lewego skrzydła to klapa była pełna.  Z całym szacunkiem, ale pozostali gracze linii pomocy jak Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak czy Jacek Góralski niewiele są w stanie Robertowi w ofensywie pomóc.

Powie ktoś, że w meczu s Senegalem był obok Roberta Arkadiusz Milik, co dobrze funkcjonowało choćby w pamiętnym zwycięskim meczu nad Niemcami. Tyle, że nikt już nie chce pamiętać, że szczęścia mieliśmy wtedy całą furę, a po paru latach w pierwszym meczu mundialu obie nasze gwiazdy wymieniły ze sobą jedno! podanie. Duet Lewandowski - Milik bez odpowiedniego wsparcia nie jest dziś po prostu gwarancją niczego.

Koledzy Lewandowskiego mają pewnie swoje powody, aby za napastnikiem nie przepadać, ale nie mogą zapominać, kto im udział w dwóch wielkich turniejach gwarantował. Pewnie, że nie grał sam, ale jestem ciekaw czy jakiś jego zmiennik byłby te wszystkie gole, także te kluczowe jak w wygranym meczu z Danią czy we wcześniejszych eliminacjach w zremisowanym meczu ze Szkocją wbić rywalom? Coś mi się wydaje, że bez Lewandowskiego nie byłoby ani Euro 2018, ani mundialu 2018. I nie można o tym zapominać.

A zatem wyjścia z sytuacji wydają się dwa, bo przecież na mistrzostwach w Rosji świat się nie kończy i już trzeba szukać nowych rozwiązań. Albo w jakiś sposób uda się doprowadzić do kompromisu i chemię między Lewandowskim, a resztą przywrócić. Albo zbudować drużynę tak, aby nie była uzależniona od jednego zawodnika. Ale to już temat na dyskusję po powrocie naszych orłów do Polski.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze