Tomasz Lorek: Miałeś wielu partnerów deblowych, ale czy pamiętasz swój pierwszy występ z Węgrem, Gergelym Kisgyörgym w 2004 roku?

 

Łukasz Kubot: Oczywiście. To był mój pierwszy Wimbledon do którego się zakwalifikowałem do gry deblowej. Przeszliśmy wtedy przez eliminacje.  W pierwszej rundzie wygraliśmy w trzech setach. Pogoda, która była na Wimbledonie przez pierwsze dni uniemożliwiła nam rywalizację do trzech wygranych setów, więc graliśmy do dwóch wygranych. Pamiętam, że wygraliśmy w trzecim secie 10:8 lub 10:7 i w następnej rundzie przegraliśmy z Bryanami.

 

Czy to, że Wimbledon jest jedynym szlemem w którym gra się do trzech wygranych setów są utrudnieniem dla ciebie?

Na pewno wiąże się to z przygotowaniem fizycznym, bo nie jest to dla nas deblistów normalne. W dzisiejszym systemie super tie-breaka ta gra jest skrócona i mecze trwają maksymalnie około dziewięćdziesięciu minut. W Wimbledonie jeżeli dochodzi się do piątego seta, w którym musi być przewaga minimalnie dwóch gemów, to trzeba być odpornym nie tylko psychicznie, ale także fizycznie.

 

Grałeś rok temu w finale Masters. Czy na trawie zupełnie inne pary deblowe są faworytami? Czy ten trzon, który jest w Race to London będzie twoim zdaniem dominował na Wimbledonie?

 

Uważam, że w tym roku jest bardzo ciekawie, nawet ciekawiej niż w poprzednim roku, bo jest więcej par, które grają bardzo dobrze, systematycznie. Myślę, że na dzisiaj jest około trzynaście, czternaście par, które mogą zakwalifikować się do turnieju Masters w Londynie na koniec roku. Są oczywiście Bryanowie, którzy mieli fantastyczny początek roku. Na dzień dzisiejszy kontuzja Boba eliminuje go z występów. Nie występował po Madrycie praktycznie w żadnym turnieju. Jeżeli taka będzie kolej rzeczy, że cztery różne pary wygrają w tym roku Wielkiego Szlema, na koniec jedna z tych par może dostać dziką kartę na turniej w Londynie.

 

Lubisz grać w Australii, bo wygrałeś tam Wielkiego Szlema w 2014 roku z Robertem Lindstedtem. W tym roku w Sydney zaczęliście z wysokiego C, wygraliście turniej. Co się działo później? Czy trudniej jest być jedynką, kiedy wszyscy chcą do ciebie strzelać i zdjąć cię z piedestału?

 

To nowa sytuacja dla nas. Wygraliśmy turniej na początku roku, mając jeszcze tą pewność z poprzedniego. Ćwierćfinał w Australian Open też uważam za bardzo dobry wynik, bo musieliśmy uznać wyższość mieszanki wybuchowej. To była para Struff i McLachlan, nowa dwójka, ale koniec końców uważam, że zasłużenie wygrali. Potem nastało pasmo porażek, przegranych meczów w pierwszej i drugiej rundzie. Było to też związane ze stanem zdrowia, nie mieliśmy tej powtarzalności. Brakowało nam w pewnym momencie pewności siebie. Przyszedł sezon na ziemi, w którym też nie udało nam się wygrać więcej niż trzy mecze z rzędu. Dzisiaj jesteśmy na trawie i czekamy, aby jak najlepiej przygotować się na turniej Wimbledonu.

 

Wimbledon jest specyficznie osobliwy, ponieważ tam nie śpi się w hotelach, tylko wynajmuje się domki. Też spałeś sobie w domku, aby się wyciszyć przed meczami?

 

Różnie to bywało. Zawodnicy wynajmują domki, ponieważ znajdują się one bardzo blisko całego obiektu i nie trzeba przemieszczać się przez korki w takim mieście jak Londyn. Przez ostatnie parę lat zawsze staram się wynająć całe piętro w domu, aby dobrze się przygotować.

 

Sam gotujesz? Czy jest osoba odpowiedzialna za twoje posiłki?

 

Nie gotuję, ponieważ nie mam na to czasu, a także na dzień dzisiejszy nie nadaję się na to. Może kiedyś będzie mi to sprawiało przyjemność.

 

Cała rozmowa z Łukaszem Kubotem w załączonym materiale wideo.