Kmita: I po Mundialu

Tenis
Kmita: I po Mundialu
fot. PAP/EPA.

Wielkie święto futbolu za nami. I nie wiem jak Państwa, ale mnie zawsze na końcu dopada szczere zdziwienie, że to już, że tak szybko, że znowu trzeba czekać cztery lata. I tak mam od dziecka i pierwszego, świadomie zapamiętanego mundialu w 1970 roku oglądanego z ojcem, po nocy, w czeskiej stacji CT1.

Było tak, ponieważ sygnał czeskiej stacji docierał wtedy na jakieś 150 km w głąb terytorium PRL i po lekkiej korekcie ustawienia anteny tv można było delektować się oglądaniem popisów Bobby Charltona, Franza Beckenbauera, a przede wszystkim samego, legendarnego Pelego. A dlaczego nie śledziliśmy turnieju z polskim komentarzem? Powód był prozaiczny, dzisiaj nie do uwierzenia, w dobie futbolowej prezesury na Woronicza Jacka Kurskiego. Telewizja Polska zwyczajnie turnieju nie nadawała, bo Władysław Gomułka uznał, że skoro nasi nie grają, to Polacy bez meksykańskiego mundialu doskonale się obejdą. Tak się przynajmniej wtedy mówiło. A szkoda, bo ten turniej był wyjątkowy, nie tylko dlatego, że to były ostatnie zawody wspomnianego Pelego i czarodziejskiej drużyny Mario Zagallo. To był cudowny czas dla futbolu ofensywnego i otwartego. Śledzenie wielkich meczów, wspominanych do dzisiaj, jak choćby Anglików z Niemcami czy Niemców z Włochami, było ucztą nie tylko dla kilkuletniego chłopca.


Cztery lata później mieliśmy już swoje własne święto na WM’74 z niezapomnianą drużyną Kazimierza Górskiego, a później całą wielką dekadę sławy i chwały polskiej piłki, z realnymi i uzasadnionymi apetytami na mistrzostwo świata. Aż łza się w oku kręci na tamto wspomnienie.

 

Dzisiaj żyjemy w innych czasach. Mundial to przede wszystkim wielki, gigantyczny biznes, który zabija szaleństwo futbolu z lat siedemdziesiątych, a nawet osiemdziesiątych XX wieku. Dzisiaj obawa przed utratą gola powoduje, że bramki padają najczęściej z tzw. stałych fragmentów gry, bowiem do perfekcji doprowadzono grę w defensywie. To nie znaczy, że Mundial w Rosji był nudny. Wręcz odwrotnie. Masowe potknięcia liderów mundialowej tabeli wszechczasów spowodowały, że trudno było przewidzieć wynik jakiegokolwiek meczu. Ta niepewność to była największa atrakcja zawodów w Rosji. Sam turniej zorganizowano perfekcyjnie, przekonując wielu kibiców, którzy przyjechali do Rosji, że na Krymie i w Donbasie mamy do czynienia z innym Władimirem Władimirowiczem. Sam widziałem wielokrotnie w rosyjskiej telewizji kibiców z Kolumbii, Meksyku, Nigerii czy Senegalu, którzy deklarowali powrót do Rosji w charakterze turystów. Tak bardzo im się tam podoba.

 

A co z nami – Polakami? Nam też się podobało, chociaż jak żadna inna nacja na świecie wiemy dobrze, że Rosja ma wiele twarzy, tych mało przyjemnych - też sporo. Na pewno wynik, a szczególnie styl gry naszej reprezentacji będzie wspomnieniem gorzkim, które w naturalny sposób będziemy chcieli jak najszybciej wyprzeć z pamięci. Są też dobre sygnały. Rozstanie z Adamem Nawałką, po raz pierwszy w historii polskiej piłki miało charakter cywilizowany, a wybór nowego selekcjonera - Jerzego Brzęczka, choć zaskakujący, wydaje się być racjonalny. No i na koniec pytanie - czy na mundialu lepiej być i gorzko go wspominać, czy też jak Włosi i Holendrzy, lepiej zostać w domu? Odpowiadam z całym przekonaniem – lepiej być.  Zawsze.

Marian Kmita, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze