Pindera o Pacquiao: Nokaut po latach

Sporty walki
Pindera o Pacquiao: Nokaut po latach
fot. PAP/EPA

O Mannym Pacquiao znów jest głośno. Wrócił po roku, znokautował w Kuala Lumpur Lucasa Martina Matthysse odbierając mu niewiele znaczący pas mistrza świata i sprawił, że pytamy, kto następny?

Pas WBA regular w wadze półśredniej, w sytuacji gdy przy zielonym stoliku mistrzem WBA Super został jego wcześniejszy posiadacz Keith Thurman, faktycznie nie ma większego znaczenia. W przypadku Pacquiao tym bardziej jest to kwestia drugorzędna. Najważniejsze, że blisko 40-letni "Pacman" wrócił w dobrym stylu i pokazał, że wciąż może być zagrożeniem dla wielu naprawdę solidnych pięściarzy.

 

Z Matthysse skończył pracę w siódmej rundzie, posyłając go lewym podbródkowym na deski. Cztery lata młodszy Argentyńczyk leżał w tym pojedynku trzy razy (w pierwszym, trzecim i siódmym starciu) i wyraźnie miał dość. Chyba zrozumiał, że wiele w tej walce nie wskóra, choć liczył na znacznie więcej.

 

"Pacman" wracał na ring po 378 dniach, które dzieliły go od kontrowersyjnej przegranej z Jeffem Hornem w Brisbane. Stracił wtedy nie tylko pas WBO w wadze półśredniej, ale też u wielu przestało wierzyć, że stać go jeszcze na coś poważnego w zawodowym boksie. Nie brakowało głosów, że po 23 latach zawodowego boksowania, 68 pojedynkach na koncie i 455 przeboksowanych rundach, oraz tytułach mistrzowskich w sześciu lub  ośmiu kategoriach wagowych (zależy czy liczymy też pasy The Ring), najwyższy czas, by przeszedł na zasłużoną sportową emeryturę i poświęcił się już pracy senatora na pełny etat w swoim kraju. Przypominano też, że od dziewięciu lat nie wygrał walki przed czasem i nigdy już nie będzie tym starym Pacquiao, którego podziwiał cały świat.

 

Ale zasada "They never come back" ("Oni Nigdy Nie Wracają") już od dawna nie ma racji bytu. Oczywiście dotyczyła mistrzów wagi ciężkiej, warto jednak o niej przypomnieć, bo była łamana wiele razy i na dobre odeszła już do lamusa.

 

Co do jednego zgoda, Pacquiao nigdy już nie będzie taki jak wtedy, gdy toczył historyczne wojny z Marco Antonio Barrerą, Erikiem Moralesem czy Juanem Manuelem Marquezem, że wspomnę tylko jego najsłynniejszych meksykańskich rywali. Były też trzy walki z Timothy Bradleyem, wielka wygrana z Oscarem De La Hoyą, czy największy kasowy sukces w przegranym pojedynku z Floydem Mayweatherem Jr.

 

Ale ten "Pacman" w Kuala Lumpur mi się podobał. Bez Freddiego Roacha, za to ze starym filipińskim przyjacielem Buboyem Fernandezem w narożniku, walczył rozważnie. Perfekcyjnie zneutralizował prawą, mocniejszą rękę "Maszyny", mądrze wykorzystując swoją odwrotną pozycję, aktywny jab i kątowe ustawienia. Tyle że z szybszymi i większymi od Argentyńczyka, a takich w tej kategorii jest większość, już tak łatwo mu nie pójdzie.

 

Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić jego walki z Terrencem Crawfordem, Errolem Spencem Jr czy Keithem Thurmanem. Bardziej z Wasylem Łomaczenką, mistrzem wagi lekkiej, ale ta wymagałaby dodatkowych zabiegów (np. umowny limit) i szczerej chęci obu zainteresowanych stron. 

 

Jeśli jednak obecny w Kuala Lumpur na walce "Pacmana" 73-letni prezydent Filipin Rodrigo Duterte naprawdę widzi go swoim następcą, to legendzie zawodowego boksu będą jeszcze potrzebne duże pieniądze, by wzmocnić swoją pozycję w świecie rodzimej polityki. A te może zdobyć tylko w ringu, walcząc z najlepszymi.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.