Czas biegnie szybko. Kiedy sześć lat temu po raz pierwszy zobaczyłem w akcji Garcię nie miałem żadnych wątpliwości że widzę przyszłego mistrza świata. Nie miał za sobą świetlanej kariery amatorskiej, ale jego talent i ogromne możliwości widziany był gołym okiem. Mikey miał wtedy 24 lata  lat i wypisaną w ruchach ringową mądrość, która odróżniała go wyraźnie od rywali. Zimny w swych poczynaniach, by nie powiedzieć lodowaty i niesłychanie oszczędny, a przy tym niezwykle precyzyjny w zadawaniu ciosów, które raziły jak prądem. Kilka miesięcy później, gdy zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł (WBO w wadze piórkowej) wygrywając z Orlando Salido, a następnie efektownie pokonał Juana Manuela Lopeza napisałem dla polsatsport.pl że przypomina mi chirurga w rękawicach. A właściwie neochirurga, z uwagi na precyzję ruchów i ciosów. 
 
W listopadzie tego samego roku był już mistrzem tej organizacji w wyższej kategorii, superpiórkowej po wygranej z Romanem „Rocky” Martinezem. Później była jeszcze skuteczna obrona z Carlosem Burgosem i długie rozstawanie się z Top Rank. Trwało to 2,5 roku, trzydzieści straconych miesięcy w najlepszych okresie, by piąć się w górę w klasyfikacji na najlepszego pięściarza bez podziału na kategorie.
 
Ale 30 letni Mikey Garcia (38-0, 30 KO)  mówi dziś, że niczego nie żałuje, zrobił to co uważał za stosowane i w końcu dopiął swego. Po powrocie zdobył kolejne pasy, WBC w wadze lekkiej po znokautowaniu Dejana Zlaticanina w styczniu ubiegłego roku, i pas IBF w czwartej już kategorii (superlekkiej) po zwycięstwie z Siergiejem Lipiniecem, w marcu tego roku. Wcześniej w tej wadze pokonał też wielkiego krzykacza i mistrza czterech kategorii wagowych Adriena Bronera.
Rozpisałem się tak o Garcii, bo to chłopak wyjątkowy. Pochodzi ze znanej bokserskiej rodziny którego głową jest siwowłosy Eduardo, kiedyś trener Fernando Vargasa, a później swego starszego syna Roberta, który był mistrzem świata wagi superpiórkowej, a dziś jest znakomitym szkoleniowcem, między innymi swojego młodszego brata.  Pierwszym trenerem Mikey’a  był oczywiście ojciec Eduardo, ale dziś w jego narożniku stoją obaj, ojciec i starszy o trzynaście lat brat Robert. 
 
Młodszy Garcia przed unifikacyjnym pojedynkiem z Robertem Easterem Jr niczego nie przesądza, wie że rywal prezentuje duże umiejętności i ma wspaniałe warunki fizyczne ( jest 12 cm wyższy), ale po prostu jest bardzo pewny siebie.
 
I mówi, że jeśli wygra, to zrobi wszystko, by pod koniec roku walczyć z jego zdaniem najlepszym w wadze półśredniej Errolem Spence’em Jr. A jeśli w różnych względów będzie to niemożliwe, to chciałby się zmierzyć z Wasylem Łomaczenką, choć wie że to też nie będzie proste.
 
 Za walkę z Easterem Jr ma zagwarantowane honorarium w wysokości miliona dolarów, ale zapewne na jego konto wpłynie znacznie więcej. Podobnie rzecz się ma w przypadku Eastera Jr, który dostanie pół miliona, ale to oczywiście też nie wszystko co otrzyma.
 
27 letni Robert Easter Jr  (21-0, 14 KO) ma znakomite warunki fizyczne, jak na wagę lekką. 180 cm wzrostu, zasięg ramion 193 cm i dość mocne uderzenie, które pozwala mu wygrywać większość pojedynków przed czasem. W czasach amatorskich był bardzo dobrym zawodnikiem, z bilansem 213 zwycięstw, 17 porażek, któremu nie dane było jednak wystąpić na igrzyskach. Był tego bliski przed Londynem (2012), ale nie wyszło. Co więcej nie ma na swoim koncie nawet jednego mistrzostwa Stanów Zjednoczonych, dlatego w 2012 roku podpisał zawodowy kontrakt i cztery lata później wywalczył pas IBF. Ostatni jego pojedynek w obronie tytułu, z Javierem Fortuną, w styczniu tego roku, był bardzo trudny i zacięty, a decyzja dwa do jednego pokazuje, że werdykt nie był wcale tak oczywisty.
 
Powiedzmy więc sobie szczerze, Robert Easter Jr faworytem w walce z Garcią nie będzie. Nie życzę mu źle ale będę zaskoczony jak nie przegra przed czasem.