Mogę cię dotknąć?

 

Proszę bardzo.

 

Muszę sprawdzić, czy rzeczywiście jesteś z żelaza lub innego materiału, który pozwolił ci przepłynąć ponad 11 kilometrów, przejechać rowerem 540 kilometrów, a potem przebiec trzy maratony, czyli ponad 126 kilometrów. I to wszystko w nieco ponad trzydzieści godzin.

 

To prawda. Ale efekt kilkuletniej ciężkiej pracy. Trenuję sześć dni w tygodniu po ok. sześć godzin. Jeden dzień w tygodniu nie trenuję, zapominam o triathlonie. Po wyścigach głównych przez dwa tygodnie odpoczywam. Wtedy ruszam się, ale nie trenuję pod kątem triathlonu.

 

Jak to się zaczęło? Kiedy przyszło ci do głowy, że możesz uprawiać tak ekstremalnie wytrzymałościowy sport?

 

Jako młody chłopak byłem pływakiem. Mój brat Sebastian jest ekstremalnym sportowcem, jest pływakiem. W zeszłym roku przepłynął Bałtyk. Wiedziałem, że genetycznie jesteśmy predysponowani do takich wysiłków. Pływanie miałem w małym palcu. Podszkoliłem się w jeździe na rowerze i w biegach. Przychodziło mi to szybko.

 

Jak trzeba poukładać sobie taki wyścig w głowie, żeby zmierzyć się z wysiłkiem, który pojawia się w jego trakcie?

 

Wiedziałem, że to mój cel rok temu. Już wtedy wiedziałem, że jestem na niego gotowy. Rok temu pobiłem rekord świata na niewiele krótszym dystansie, bo podwójnym iron manie. Byłem psychicznie nastawionym, od roku tylko o tym myślałem. Musiałem jedynie wydłużyć nieco treningi.

 

Mówisz o tym w tak oczywisty sposób, jakby był to spacer czy przejażdżka rowerem. A to przecież zmaganie się z własną słabością. A nawet jeśli ona nie przychodzi podczas wyścigu, to znużenie trenignowe może dopiec bardziej niż ból mięśni.

 

Najciężej jest na treningach. Jeśli wykonasz plan treningowy w stu procentach, to nie ma mowy, aby podczas wyścigu coś poszło nie tak. W trakcie Mistrzostw Świata Triple Ultra Triathlon moim jedynym zmartwieniem była pogoda. Temperatura sięgała 30 st. C w cieniu, czyli ok. 50 st. C w słońcu. Nie bałem się o swoje mięśnie czy płuca. Moje ciało było przygotowane na taki wysiłek. Pracuję na to sześć lat, bo od tylu uprawiam triathlon. Jedyne co może zaskoczyć to dyspozycja dnia, czyli na przykład zatrucie pokarmowe. To może przeszkodzić w osiągnięciu celu. Oczywiście, można także za szybko zacząć, ale jeśli pracujesz na zakresach wyznaczonych przed zawodami i znasz swój organizm, to złe zakończenie jest niedopuszczalne.

 

Czyli wszystko jest zaplanowane niczym rejs samolotem przez pół świata? A ty jesteś pilotem. Tylko sam musisz wykonać tę fizyczną robotę.

 

Podczas ostatnich testów przed zawodami mam precyzyjnie wytyczone zakresy i wiem, co do sekundy, jak szybko mam płynąć każde sto metrów, na jakim poziomie mocy muszę jechać na rowerze. To mi zajmuje głowę i wyścig mija mi szybko [śmiech].

 

Co na to wszystko medycyna? Wielu fizjologów, z którymi rozmawiałem, twierdzi, że pozytywny wysiłek dla przeciętnego człowieka to taki, który  aktywizuje, a jednocześnie nie degraduje organizmu. Wysiłek pojedynczego iron mena jest na tyle niekorzystny dla niektórych ludzi, że nie pozwala im go ukończyć lub niesie ze sobą nieodwracalne zmiany w organizmie. Ty wyglądasz normalnie, nawet po takiej harówce.

 

Szczerze, nie zdążyłem się spotkać ze swoim lekarzem. Sam regeneruję się z dni na dzień.

 

Wstałeś dziś normalnie z łóżka?

 

Tak, choć pierwszego dnia miałem z tym problem. Następnego było lepiej. Dziś, trzeciego dnia, normalnie chodzę i mógłbym nawet pobiec, ale nie chcę tego robić. Trening tak mnie ukształtował, że regeneracja przychodzi szybko. Wspomniałeś o ludziach, którzy kończą iron mana i ich organizmy są zdegradowane. Najwyraźniej są źle przygotowani. Jest wielu zawodników z czołówki, którzy robią iron mana co miesiąc i nic im nie jest. Każdy, kto mierzy siły na zamiary, jest w stanie zakończyć wyścig w pełnym zdrowiu.

 

Chodzisz w ogóle do lekarza?

 

Mam jednego lekarza, który mnie bada, jeśli coś mnie boli. Mam organizm, który nie łapie kontuzji. W roku mam może trzy dni, które wykluczają mnie z treningów. Od dwóch lat pracuję z trenerem przygotowania fizycznego. Doskonale dobrany plan treningowy sprawia, że nie mam żadnych dolegliwości.

 

Muszę cię zapytać o kwestię wydalania.  Jak to się odbywa podczas trzydziestogodzinnego wysiłku?

 

Płyny wyliczone są tak, aby oddawać je wraz z potem, tak aby nie było przerw na wydalanie. Dzień wcześniej dietetyk wylicza mi je, uwzględniając przy tym temperaturę powietrza. Nie zawracam sobie tym głowy podczas wyścigu. Ja wiem, co mam chwycić i spożyć na kolejnych odcinkach wyścigu. Na całej trasie stoi mój sztab, który podaje mi płyny i odżywki. Podczas wyścigu zatrzymałem się na czterechsetnym kilometrze jazdy rowerem, aby się załatwić, ale zrobiłem to przy okazji. Po godzinie 21:00 każdy z zawodników musiał założyć oświetlenie roweru. Mój mechanik instalował lampki, a ja skorzystałem z toalety. W wodzie miałem pięciosekundowe postoje co dwa kilometry, ale tylko po to, aby przyjąć żel energetyczny. Podczas biegu stanąłem dwa razy, aby się załatwić. Było bardzo gorąco, przyjmowałem bardzo dużo płynów. Wolałem je wydalić niż stracić przytomność podczas wyścigu.

 

A co z kryzysami? Na pewno były. Każdy kto sądzi inaczej, jest szaleńcem.

 

Oczywiście, że były. Kryzysy miały charakter żywieniowy. Miałem problem z przyjmowaniem niektórych pokarmów. Na ich myśl robiło mi się niedobrze. W połowie dystansu rowerowego miałem taki właśnie pierwszy mały kryzys. Szybko zmieniliśmy rodzaj pokarmu. Znałem ten stan, wiedziałem, że szybko minie. Największe kryzysy przyszły podczas biegu. Na sześćdziesiątym kilometrze straciłem skupienie, przeszedłem do marszu. Poczułem się dobrze. Mój sztab to zauważył. Poprosiłem o masaż. Cztery osoby masowały mnie i obkładały lodem. Moja psychika odpoczęła. Nastawiłem się na kolejny dystans i mogłem kontynuować bieg. Przez ostatnie sześćdziesiąt kilometrów żyłem od masażu do masażu. Nie byłem już wstanie przebiec tego dystansu bez postoju.

 

Dlaczego właściwie to robisz?

 

Sześć lat temu zakochałem się w triathlonie. Wiedziałem, że to jest to. Próbowałem wcześniej innych dyscyplin, ale nie przykładałem się do treningów, opuszczałem je, wyrzucano mnie z klubów. Dorosłem do sportu. Spotkałem trenerów, którzy pokazali mi, czym jest triathlon. Zacząłem od długiego dystansu, czyli iron mana. Potem spróbowałem wersji ultra. W zeszłym roku pobiłem rekord świata na podwójnym dystansie właśnie w ultra triathlonie. Nie miałem tytułu, zdobyłem jedynie puchar. Postanowiłem, że zostałem mistrzem świata w tej dyscyplinie. I właśnie to osiągnąłem. W tym roku akurat mistrzostwa zostały zorganizowane na potrójnym dystansie. Robię to właśnie dlatego, żeby spełniać swoje marzenia.

 

Treningi zajmują ci sześć godzin dziennie, więc jest to twój sposób na życie. Ale czy jest to sposób na utrzymanie?

 

Dzięki temu, ze zacząłem osiągać wyniki, mogłem zmienić pracę. Wcześniej byłem zawodowym strażakiem. Służyłem w Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Nowym Dworze Gdańskim. Teraz prowadzę amatorską grupę triathlonową Team Karaś oraz internetową platformę triathlonową. Dzięki triathlonowi się utrzymuję.

 

Twoje wyczyny są pewnego rodzaju szaleństwem. Szaleństwo ma to do siebie, że chce się więcej i więcej. Pytanie, czy na Ziemi są zawody, które mogą ci zapewnić jeszcze bardziej dotkliwy wysiłek? Jesteś mistrzem świata i rekordzistą świata w potrójnym iron manie. Co teraz możesz zrobić? Zdobyć mistrzostwo Marsa?!

 

Są dłuższe dystanse. Ale one mnie nie interesują. Nie interesował mnie nawet potrójny dystans iron mana. Musiałem się po prostu z nim zmierzyć, bo chciałem zostać mistrzem świata. Ale to był tylko przystanek do mojego największego marzenia – IRONMAN World Championship w Kailua-Kona ma Hawajach. Chcę się dostać tam za rok. To najbardziej prestiżowy wyścig w tym sporcie.