Trzykrotny indywidualny mistrz świata posiada cechy prawdziwego przywódcy. Kiedy niebo zaczęło płakać nad Malillą, maleńką miejscowością leżącą we wschodnich zakamarkach Szwecji, Nicki stał się wiodącą postacią dialogu z byłym żużlowcem, a dziś dyrektorem cyklu Grand Prix – Philem Morrisem. Duńczyk przekonywał, że należy usunąć niebezpieczne fragmenty nawierzchni pod bandą, bo w walce o mistrzostwo świata nikt nie odpuszcza, a troska o zdrowie zawodników powinna być nadrzędnym dobrem. Deszcz siąpił, żużlowcy negocjowali warunki pracy, promotor cyklu mistrzostw świata był szczęśliwy i zatroskany zarazem, bo przedłużono na dwa lata umowę z Hallstavik, ale groźba przełożenia zawodów na niedzielny poranek była bardzo realna. Młodsi zawodnicy rwali się do jazdy, ale Nicki Pedersen i Greg Hancock, którzy niejedno piekło już widzieli, spokojnie dyskutowali z Philem Morrisem i argumentowali, aby nie szafować zdrowiem zawodników. W efekcie zawody ruszyły z pokaźnym opóźnieniem, ale mechanikom i żużlowcom przed oczyma widniały już prędkościomierze, bo zaraz po błyskawicznym prysznicu czekała ich makabryczna gonitwa z czasem, aby zdążyć na niedzielne mecze PGE Ekstraligi. Szaleństwo. Po GP w Warszawie nie ma kolejki ligowej w Polsce, tylko mecz międzypaństwowy: Polska – Dania, a po GP w odległej skandynawskiej Malilli teamy zawodników pędzą na złamanie karku ryzykując życiem na mecz ligowy w Polsce. Aż prosi się, aby możnowładcy wykazali się większą troską i dogłębną analizą przy układaniu kalendarza rozgrywek ligowych…

Woffy nie zstępuje z tronu

W przeddzień GP Wielkiej Brytanii Nigel Pearson i Kelvin Tatum zorganizowali spotkanie dla kibiców speedwaya. Bilety sprzedawały się niczym ciepłe bułeczki. Tai Woffinden i Nicki Pedersen, dwie zgoła odmienne generacje żużlowców i gros pytań o kulisy żużla. Lider klasyfikacji mistrzostw świata wyznał, że choć bardzo różni się od Nickiego w wymiarze charakterologicznym, to jednak „wszyscy pochodzimy z tej samej łódki”. Z kolei Nicki zdobył się na filozoficzne ujęcie tematu. „Wiem, gdzie są nasze korzenie. Tai nie miał wagonu pełnego pieniędzy, Tony Rickardsson nie dysponował fortuną, Hans Nielsen też pochodził z biednej rodziny. Jednak żużlowcy to ludzie, którzy potrafią zacisnąć zęby i łatać dziury w budżecie. Pamiętam, że w 1998 roku startowałem w Anglii, a za każdy zdobyty punkt płacono mi raptem 20 funtów! Szybko zrozumiałem, że jeżeli będę spał kątem na lotnisku, to zaoszczędzę na noclegu 100 funtów i będę mógł pozwolić sobie na oponę, a jak prześpię się kilka nocy w trudnych warunkach słuchając komunikatów o odwołanych lotach, to nawet zarobię na wizytę z silnikiem u dobrego tunera. Chciałem być mistrzem świata i musiałem zręcznie zatroszczyć się o środki finansowe, aby przeżyć. Znam smak nieprzespanej nocy” – rzekł Nicki Pedersen.

Kiedy Nicki doznał skomplikowanego urazu kręgosłupa podczas finału Zlatej Prilby w Pardubicach w 2016 roku, niewielu sądziło, że Duńczyk jeszcze będzie się ścigał. „Nigdy nie przestałem wierzyć, że stać mnie na walkę z najlepszymi żużlowcami na świecie. Czekałem na zwycięstwo w turnieju Grand Prix od 3 października 2015 roku. Słyszałem głosy, że jestem już skończony. Łatwo wygłaszać takie opinie, ale ja i moja familia mamy niezłomną wiarę w sukces. Często staję przed lustrem i zaręczam, że rozpoznam bezbłędnie dzień, w którym powiem: dosyć, kończę ze speedwayem. W tej chwili mi to nie grozi. Znam swoją wartość. Ostatnie dwa lata były nieustanną wspinaczką. Dwukrotnie złamałem kręgosłup, mój sprzęt nie był wystarczająco szybki. Jestem typem człowieka, który kocha pokonywać trudności, a im gorzej, tym rośnie we mnie wiara w końcowy sukces. Moja ręka wciąż nie jest w pełni sprawna, ale nie spocznę, dopóki nie zapewnię sobie miejsca w czołowej ósemce cyklu GP. Początek sezonu był znakomity w moim wydaniu, ale dwa razy moja głowa pocałowała tor, a upadki w Gorzowie Wielkopolskim i podczas GP w Warszawie odcisnęły swoje piętno. Rzadko chodzę do opery, ale zaręczam niedowiarków: ściganie mam we krwi, a nigdy się nie poddaję przed wejściem otyłej sopranistki na scenę” – uśmiechnął się niczym bazyliszek Nicki Pedersen.  

Nicki nie będzie klapował, dopóki primadonna nie zaśpiewa ostatniej arii. W Malilli w czwartym wyścigu przegrał co prawda z Bartoszem Zmarzlikiem, ale wyprzedził na dystansie Przemysława Pawlickiego i Grega Hancocka. W ósmym wyścigu rozstawił po kątach Mateja Zagara i Martina Vaculika. Złapał oddech, obejrzał skrupulatnie równanie toru i w dziewiątym wyścigu zainkasował 2 oczka. Holder i Cook oglądali plecy Duńczyka. W piętnastym wyścigu Nicki miał już czym się odepchnąć. Jego jednostka napędowa była wystarczająco szybka, aby pokonać Petera Ljunga, Patryka Dudka i Emila Sajfutdinowa. Dopiero w piątej serii startów Nicki delikatnie się pogubił i przyjechał na trzeciej pozycji za Oliverem Berntzonem i Fredrikiem Lindgrenem. W pierwszym półfinale Nicki pokazał, że stara gwardia nie rdzewieje i po ambitnym pościgu pokonał Taia Woffindena. Wówczas doszło do przepychanki przy bramie wjazdowej do parku maszyn. Nicki czysto zaatakował na torze Brytyjczyka, ale nie byłby sobą, gdyby nie wbił szpilki rywalowi. Tak samo chciał sprowokować Chrisa Holdera podczas GP w Toruniu w 2012 roku… Nicki sprawił, że Tai Woffinden po raz pierwszy w tym sezonie nie awansował do ścisłego finału. Chciał dać prztyczka w nos miłemu chłopakowi ze Scunthorpe, który ceni elegancję na torze. Tai przed pierwszym wyścigiem wygłosił jednak opinię, która ugodziła Nickiego. Woffy zasugerował, poniekąd słusznie, że w GP mają ścigać się faceci, którzy niczego się nie boją i nie marudzą widząc błotnistą maź na torze. Nicki chciał się zrewanżować Taiowi i udowodnić, że starzy mistrzowie potrafią trzymać pędzel i nie boją się twardej męskiej walki na torze.

Razem zaczynali, spali, gdzie popadnie, wdrapali się na szczyt żużlowej piramidy, ale obaj mają ogromne aspiracje i czasami zaiskrzy, bo to sport dla prawdziwych mężczyzn. Na savoir vivre przyjdzie czas podczas gali PGE Ekstraligi późną jesienią…

Pomoc sędziego

Craig Ackroyd to poczciwy jegomość. Wie jak smakuje jazda na speedrowerze. Potrafi też dostrzec igłę w stogu siana. Prawidłowo wykluczył nieomal bezbłędnego Bartosza Zmarzlika w pierwszym półfinale. Fredrik Lindgren wsunął się pod lewą nogę Polaka, a że zrobił to z gracją wspinacza skałkowego na Comapedrosa w Andorze, to sędzia nie mógł się przyczepić do Szweda i w powtórce pod taśmą stanęli trzej muszkieterowie: Lindgren, Pedersen i Woffinden. O ile w dwudziestym pierwszym wyścigu intuicja nie zawiodła sędziego, o tyle był nazbyt łaskawy dla Taia Woffindena w zasadniczej fazie turnieju. Nie dostrzegł, że Brytyjczyk – zawodnik na tyle klasowy i solidny, że poradziłby sobie bez pomocy sędziego nawet na torze w Bahia Blanca otoczony hordą Latynosów, otrzymał prezent. 3 punkty pomimo przekroczenia białej linii to wymowny podarunek. Ktoś powie: rewanż za finał w Pradze, gdzie sędzia rodem ze Szwecji rzekomo skrzywdził Taia, a wsparł Freddiego. Nie, Craig nie jest zwolennikiem teorii rewanżu za wszelką cenę. Okazał jednakowoż słabość do Taia, bo Woffy jest w takiej formie w tym roku i ma takie silniki, że bez wsparcia z wieżyczki powinien zdystansować Freddie Williamsa i Petera Cravena w liczbie zdobytych tytułów mistrza świata.

 

Kawalkada ruszyła żwawo, kropelki prysznica spadały na umorusane ciała mechaników i zawodników. Peter Ljung, który jako jedyny pokonał w zasadniczej serii GP w Malilli Bartosza Zmarzlika pędził jak szalony w pobliże smoka wawelskiego na mecz Lokomotive Daugavpils z Arge Wandą Speedway Kraków. Obłąkańcze tempo. Prom, noga nie schodzi z pedału gazu i wyścig z czasem. Pomysłodawca speedwaya – Johnnie Hoskins – nie tak wyobrażał sobie ten uroczy cyrk…