Marcin Feddek: Odnosiłem wrażenie, że miałeś dosyć tej rywalizacji, której moim zdaniem nie mogłeś wygrać, choćbyś stanął na głowie. Spojrzałem też na noty w raporcie. Zawsze byłeś pół noty pod Wojtkiem.

 

Łukasz Fabiański: Jest jedna osoba, która zna odpowiedź. I tak nigdy jej nie usłyszymy. Przez ten cały czas walki o pozycję za kadencji poprzedniego selekcjonera były różne moment. W pewnej chwili zrozumiałem, że nigdy nie byłem numerem jeden w oczach trenera Nawałki. Oczywiście, ze swojej strony cały czas podkreślałem, że będę walczył. Były momenty i sytuacje, że cokolwiek bym nie zrobił, to nie wygram.

 

To jest prawo trenera. Trener decyduje o doborze personalnym czy taktycznym. Ja jako zawodnik muszę to uszanować. Trener patrzy przez pryzmat drużyny i w tym przypadku wybór Wojtka uznawał za najlepszy. Mój sposób patrzenia był oczywiście inny. Muszę to respektować, bo taki jest los zawodnika. I tyle. Musiałem sobie z tym radzić.

 

Nie miałeś momentu, że chciałeś powiedzieć "koniec, skupiam się na klubie".

 

Największy moment frustracji, jeśli chodzi o moją karierę reprezentacyjną, był we Francji, kiedy mnie poinformowano o tej decyzji. Miałem różne myśli w głowie, które odrzuciłem. Na gorąco, myślałem, jaki jest w tym wszystkim sens... To mi dosyć szybko minęło. Pomogła też sytuacja, że po tym pierwszym meczu (Szczęsny doznał kontuzji – przyp. red.) wskoczyłem do bramki. To na pewno miało wpływ na analizę całej tej sytuacji.

 

Rozmowa z Łukaszem Fabiańskim w załączonym materiale.