To pierwszy siatkarski mundial w XXI wieku, w którym reprezentacja Brazylii nie przystępuje w roli zdecydowanego faworyta do złota. Wielu wiekowych zawodników i brak zdolnej młodzieży pozostawia dużo znaków zapytania, a przynajmniej część odpowiedzi mieliśmy poznać w czwartkowy wieczór. Po drugiej stronie barykady stanęła reprezentacja Francji, która także ma swoje problemy, a ten największy nazywa się Earvin N’Gapeth i jego dyspozycja zdrowotna. W szlagierze przeciwko Canarinhos pojawił się jednak w wyjściowej szóstce.

 

Pierwszy set rozpoczął się od wyrównanej gry i walki cios za cios, aczkolwiek kibice mogli zauważyć sporo błędów po obu stronach. Na drugiej przerwie technicznej dwoma punktami prowadzili Brazylijczycy. Przełomowy moment w tej partii to pierwsze akcje po ponownym wyjściu na parkiet. Wówczas reprezentanci Canarinhos zdobyli kilka oczek z rzędu. Pojedynczym blokiem popisał się Felipe Fonteles, który zatrzymał N’Gapetha. To spowodowało, że Trójkolorowi nie byli już w stanie odrobić strat i musieli pogodzić się z porażką w pierwszej odsłonie.

 

Pierwsze piłki w drugim secie przypominały rywalizację z premierowej partii. Brazylijczycy przy zagrywce Isaca Santosa odskoczyli na trzy punkty przy pierwszej przerwie technicznej. Jeszcze przed drugą przerwą Francuzi potrafili doprowadzić do remisu, po tym jak wygrali długą wymianę. Na drugiej przerwie technicznej podopieczni Renana Dal Zotto znowu wypracowali sobie minimalną przewagę, którą później powiększyli. Ekipa znad Sekwany próbowała jeszcze odrobić straty dzięki dobrej postawie N’Gapetha. Końcówka należała jednak do rywali, którzy w identycznych rozmiarach zwyciężyli i prowadzili już 2:0.

 

Wydawało się, że rozpędzona reprezentacja Brazylii pójdzie za ciosem, ale po raz kolejny zostało udowodnione, że trzeci set przy prowadzeniu 2:0 bywa newralgiczny. Przekonali się o tym zawodnicy z Kraju Kawy, którzy zostali mocno sparaliżowani na początku tej partii. Francuzi po świetnym serwisie Antoine’a Brizarda mieli już wynik 7:2 na swoją korzyść. Był to fragment, w którym Trójkolorowi zdecydowanie dominowali i byli lepsi w każdym aspekcie siatkarskiego rzemiosła. Brazylijczycy nie dali jednak za wygraną i na drugiej przerwie technicznej przegrywali już tylko trzema oczkami. Duża w tym zasługa skutecznego bloku. Zanosiło się na ciekawy finisz tej odsłony, ale znowu dał znać o sobie Brizard i jego zagrywka. Punkt na wagę zwycięstwa w tym secie zdobył Thibault Rossard.

 

Czwarty set miał odpowiedzieć na pytanie czy Brazylia wróci do dobrej gry z pierwszych dwóch odsłon, a może jak to w siatkówce często bywa – inicjatywę przejmą Francuzi. Został spełniony ten drugi scenariusz, chociaż emocji nie brakowało. Jeszcze przed pierwszą przerwą techniczną triumfatorzy tegorocznej edycji Ligi Narodów prowadzili 7:3, ale na drugiej przerwie regulaminowej… prowadzili siatkarze Canarinhos 16:14. Od tamtej pory kibice byli świadkami wyrównanej rywalizacji, w której długo wynik oscylował wokół remisu. Rzutem na taśmę wyższy bieg wrzucił zespół francuski. Efektownym blokiem popisał się N’Gapeth, atak ze środka skończył Nicolas Le Goff, a trudny serwis zaprezentował Stephen Boyer. Zbyt późny zryw Brazylijczyków nie poskutkował i reprezentacja Francji doprowadziła do tie-breaka!

 

A w nim byliśmy świadkami apogeum emocji. Mimo dużej presji związanej z końcowym triumfem, obie drużyny stanęły na wysokości zadania i stworzyły interesujące widowisko z wieloma świetnymi wymianami. Dwie z nich skończył Wallace De Souza. To jednak Francuzi na zmianie stron prowadzili dwoma oczkami. To co wydarzyło się w samej końcówce, to czysta siatkarska poezja. Dwukrotnie na bloku zatrzymany został N’Gapeth, a cały mecz skończył punktową zagrywką Lucas Saatkamp!

 

Brazylia – Francja 3:2 (25:20,25:20,21:25,23:25,15:12)

 

Brazylia: Fonteles, Bruno, Douglas, Lucas, Wallace,  Isac, Thales (libero) oraz William, Eder, Evandro

Francja:
Tillie, Toniutti,  N'Gapeth, Le Goff, Boyer, Chinenyeze, Grebennikov (libero) oraz Patry, Rossard, Brizard, Lyneel