Pindera: Tokio nie chroni faworytów

Inne
Pindera: Tokio nie chroni faworytów
fot. Bagus Indahono PAP/EPA
Pusarla V. Sindhu już pożegnała się z Daihatsu Japan Open

Kolejny, wielki badmintonowy turniej się rozpędza. W Daihatsu Japan Open z sumą nagród 700 tysięcy dolarów kandydaci do ostatecznych zwycięstw mają ciężkie życie. Japończycy również, choć ściany ponoć pomagają gospodarzom.

Impreza goni imprezę. Po mistrzostwach świata w chińskim Nankinie najlepsi badmintoniści przenieśli się do Dżakarty na Igrzyska Azjatyckie, teraz znów grają na Dalekim Wschodzie, w Tokio. Później polecą do Chin na Victor China Open, stamtąd do Korei Południowej, a w kolejnym tygodniu przeniosą się na Tajwan.

Do Europy zawitają dopiero w drugiej połowie października, by zagrać o wielkie pieniądze w Danii i Francji. Na koniec roku znów wrócą do Azji, gdzie w połowie grudnia sezon uwieńczy „Finał Finałów” w Chinach.  

Nic dziwnego, że na zawodach rozgrywanych z taką intensywnością trup pada gęsto. Trzeba mieć końskie zdrowie i nieprawdopodobne umiejętności, by tak latać po świecie i tylko wygrywać.

W Tokio odpadł już wicemistrz świata z Nankinu, Chińczyk Yu Qui, nr 2 światowego rankingu, nie ma już Hinduski Pusarli V. Sindhu (nr 3), która przegrała z 19-letnią Chinką Gso Fangije. Mecz trwał 55 minut, 23 letnia Sindhu walczyła ambitnie, ale nie dała rady.

Świat się dla niej nie skończy, to najlepiej zarabiająca badmintonistka na świecie, choć jest wiecznie druga. Dwukrotnie przegrała finały MŚ i raz finał igrzysk olimpijskich.


W Rio de Janeiro pokonała ją niesamowita Hiszpanka Carolina Marin, która ma tegorocznych MŚ w Nankinie też była lepsza od Hinduski. Przed rokiem w Glasgow Sindhu musiała uznać wyższość Japonki Nozomi Okuhary.

Ale jeśli chodzi o kontrakty i premie, to Pusarla V. Sindhu bije wszystkie na głowę. W Indiach, po tym jak zdobyła olimpijskie srebro jest bohaterką narodową.


Wszystkie atuty, by taką gwiazdą być w Japonii ma Kento Momota, aktualny mistrz globu, kiedyś światowa Jedynka. Gdyby nie stracił dwóch lat za hazard w nielegalnych kasynach, być może o olimpijskie złoto walczyłby już w Rio de Janeiro. Na szczęście ma dopiero 24 lata i wielki talent, który pozwolił mu w pięknym stylu wygrać tegoroczne mistrzostwa świata.

Jego rodacy, znakomici debliści Takeshi Kamura i Keigo Sonoda, w Nankinie zdobyli srebro, a przed rokiem medal brązowy. W tegorocznym Daihatsu Yonex Japan Open jednak nic nie wygrają, bo właśnie ponieśli porażkę przed własną publicznością z młodymi Koreańczykami.

Kim Won Ho ma 19 lat, a jego partner, Seo Seung Jae, jest dwa lata starszy. Kim jest synem Gil Youngah, mistrzyni olimpijskiej z Atlanty (1996) w mikście, oraz srebrnej (1996) i brązowej (Barcelona – 1992) w deblu. Matka była później trenerką kadry, syn został mistrzem świata juniorów i marzy mu się, by pójść w jej ślady, gdyż bardzo dobrze radzi sobie tak jak ona, w deblu i mikście.


Koreańczycy jeszcze nie tak dawno byli mistrzami gier podwójnych, ale to już historia. Kto wie, może młody Kim Won Ho i jego kolega Seo Seung Jae nawiążą do tych pięknych tradycji?

Tang Chun Man i Tse Ying Suet z Hongkongu też mieli prawo czuć się faworytami w mikstowym pojedynku z mierzącym zaledwie 165 cm Yutą Watanabe i Arisą Higashino. W sierpniu zdobyli brązowy medal MŚ, a później srebro Igrzysk Azjatyckich. Japończycy wygrali wprawdzie wiosną prestiżowy All England, ale inne imprezy im nie wyszły, co potwierdza odległa, 13 pozycja w rankingu światowym. W porównaniu z czwartym miejscem pary z Hongkongu byli kopciuszkami.

Ale w badmintonie, na tym najwyższym poziomie, nie ma takich podziałów. Nikt nie może się czuć pewny swego. Chinka z Tajwanu, Taj Tzu Ying bezspornie zajmuje pierwsze miejsce w rankingu światowym, ale to nie gwarantuje zwycięstw. W Tokio przegrała z Chinką Chen Xiaoxin i odpadła z Yonex Japan Open. Rozstawiony z nr 2 japoński, żeński debel, Misaki Matsumoto, Ayaka Takahashi też pożegnał się z marzeniami o wygranej w turnieju. Na ich drodze stanęły Du Yue i Li Yinhui z Chin, niżej rozstawione.

Takich przypadków w każdym wielkim turnieju jest sporo, nic więc dziwnego, że Tokio też nie chroni faworytów. I za tydzień w China Open będzie podobnie. Taki jest współczesny sport, wszyscy chcą wygrywać.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze